poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Nocne komentatorów analizy

W Canal+Sport mecz tzw. Ekstraklasy Wisła–Lech. Miał być hit – był kit. Komentatorski także. Grzegorzowi Mielcarskiemu, byłemu niezłemu piłkarzowi, robi się krzywdę każąc mu publicznie mówić. A monolog-bełkot, który wygłosił w 88–90 min meczu był tego bolesną ilustracją i zwieńczeniem. W dodatku spotkanie nie warte żadnego komentarza, komentowało trzech ludzi – pitolili bez przerwy. Taki mecz i takie ględzenie skutecznie odstraszają od oglądania polskiej piłkarskiej ligi. To dobrze, zdrowie najważniejsze.
W tejże stacji mecz ligi angielskiej, Manchester United–Tottenham. W trakcie gry piłkarz MU Patrice Evra ma widoczne dolegliwości. Komentator Rafał Nahorny to zauważa i po chwili stwierdza, że zawodnik musi w poniedziałek oddać do analizy krew i mocz. O kale taktownie nie wspomniał. Wyniki analizy ma pan Rafał podać w sobotę (1 maja) podczas relacji z kolejnego meczu Premier League. Francuz Evra jest piłkarzem czarnoskórym; znać np. kolor jego moczu – pasjonująco ciekawe. Rafał Nahorny to jest ten +(plus), który telewidzów co tydzień wpuszcza w Canal Sport.
Inny pracownik stacji, Cezary Olbrycht, tuż przed meczem Jagiellonia–Zagłębie Lubin rozmawiał z I-szym trenerem gości Markiem Bajorem (poprzednio był w Lubinie tylko asystentem Franciszka Smudy – teraz selekcjonera reprezentacji). Pan Bajor nie ma uprawnień do prowadzenia meczów Ekstraklasy. Po odejściu Smudy drużyna w trakcie rozgrywek znalazła się jednak bez I-szego trenera. Zarząd Zagłębia porozumiał się więc z PZPN i tymczasową zgodę Centrali na pracę Bajora uzyskał. Zgodne z literą prawa to nie jest i dziennikarz sprawę badać powinien, jak najbardziej. Ale nie kilka minut przed meczem, i nie w tej formie. Red. zapytał czy trenerowi nie jest wstyd, że inni musieli wkuwać godzinami i nocami, a pan Bajor przyszedł na gotowe. Czyli zamiast badać nieprawidłowość Olbrycht zajął się morale trenera. Byle spektakularnie, byle „pod publiczkę”. Właściwi adresaci (PZPN i zarząd Zagłębia) niepokojeni nie są. Natomiast człowiek w sprawie niekompetentny, jest stawiany do kąta i traktowany jak gówniarz. To typowe dla Cezarego Olbrychta. Osoby, z którymi rozmawia lub które opisuje, to przedmioty, akcesoria, traktowane instrumentalnie, służące mu do autoreklamy i eksponowania siebie. Widać, że Redaktor ma jakieś kłopoty egzystencjalne (narcyz narasta?). Czy nie warto o tym z kimś porozmawiać. Np. z Rafałem Nahornym. Może doradzi jakaś analizę, może jakieś badanie, np. encefalografem. Wydaje się, że to akurat przydałoby się obu panom.
*
W ostatni weekend piłkę nożną oglądałem tylko w przerwach relacji z w snookera – Eurosport. Tam dwa ptaszyska – Jewtuch* i Kruk – szybują na rzadkim komentatorskim pułapie. Rajskie to ptaki.
Większość „nielotów dodatnich” może tylko zazdrośnie popatrzeć. Gdyby tak jeszcze zechciała dokształcić się; warto tu chyba dokonać analizy, króciutkiej – w ciągu jednej choćby nocy

* Odmiana Kruka. Równie pożyteczny
.

sobota, 24 kwietnia 2010

My trenerzy!

Półfinał piłkarskiej Ligi Europejskiej Atletico–Liverpool komentowali Mateusz Borek i Andrzej Strejlau.
Na początku dowiedzieliśmy się, że piłkarze z Anglii podróżowali do Hiszpanii dobę, różnymi środkami lokomocji. Latać nie mogli bo się niebo zapyliło. Potem nastąpiło 25 minut bredzenia pana Mateusza. Bez sensu, ładu, składu. Zastanawiałem czym on się na ten mecz przemieszczał, że tak mu rozum wywiało. Ale potem było już normalnie. Jak przystało na taki talent! Potraktujmy więc ten krótki incydent jako wypadek przy pracy. Już o nim zapomniałem!
Od Andrzej Strejlau usłyszeliśmy znowu jego ulubioną frazę „My trenerzy”; tym razem zabrzmiała w kontekście Rafaela Beniteza, trenera Liverpoolu. Trzeba mieć sporo arogancji i bezczelności, żeby tak się porównywać. A dowód? Choćby z tego meczu. Andrzej Strejlau przez 90 minut dziwił się, że Wyspiarze grali ospale, bez koniecznej agresji. Nie wiedział dlaczego. A przecież kolega powiedział mu to na początku. „Anglicy” 24 godziny jechali na mecz i na boisku byli „śnięci”. Kilka parominutowych zrywów sytuacji zasadniczo nie zmieniało. Proste i jasne. Ale to wymagało myślenia „na żywo”. Nieosiągalne dla polskiego Beniteza. On – poza trywialne banały już „nabytej” pseudofachowości – wznieść się nie zdoła (ale fraza; „My blogerzy” to potrafimy!). I na zakończenie wątku: jeżeli sprawozdawca zamiast klarować, naświetlać czy wyjaśniać umie się tylko dziwić, to powinien znaleźć sobie inne zajęcie.
*
Że tylko narzekam i się czepiam? Nie zgadzam się! Najpierw sam Przemek Kruk (Eurosport, snooker MŚ. Higgins–Davis) a potem w parze z Rafałem Jewtuchem (Robertsson–Gould) dali koncert. Więc można. Tylko trzeba mieć klasę! Oni ją mają. Tak trzymać Panowie!

piątek, 23 kwietnia 2010

Rafał „Yyyyyyyyyyy” Górecki

Eurosport. Snooker . Komentują: Rafał Jewtuch, Rafał Górecki.
Czy to jest debiut – nie wiem. Ja go usłyszałem po raz pierwszy. Rafał Górecki. Niewątpliwie rodzynek, jedyny w swoim rodzaju, nabytek bezcenny. Otóż on jako pierwszy wprowadził do relacji sportowych zjawisko dotąd nieznane. Jak je nazwać? Proza śpiewana, melodeklamacja, czy może znany głównie z oper – recitativ*. Ale do „remu”.
W przekazie Góreckiego istotą, jądrem jest dominujący zaśpiew samogłoski yyyyyyyyyy. Nad słowem góruje (nomen omen) ta właśnie fraza wokalna, zjawiskowa, oryginalna – więc niepowtarzalna. Wydawałoby się, że to tylko skromne yyyyyyyyy. Jednak Górecki dysponuje niezwykłym instrumentem – mianowicie głosem. Jego precyzyjnie ustawiony, pozornie nieco zdarty tenor (niewątpliwie liryczny) pulsuje jakimś niepokojącym rozedrganiem, brzmi obfitym bogactwem odcieni i barw. Prostym, lecz wyrazistym yyyyyyyyyyyy potrafi wyśpiewać lęki i niepokoje, radość i podziw. Ale to dalece nie wszystko; niezwykła oktawa pana Rafała zawiera także ekspresyjny baryton: opisuje nim smutek i rozczarowanie, artykułuje niezadowolenie, przekazuje połajanki i oburzenie, zniecierpliwienie i gniew. Swoja drogą nieudacznicy, których zagrania musi Górecki komentować są często nad wyraz denerwujący. tylko współczuć.
Słów normalnych używa Górecki niewiele: ot, rzuci czasem jakieś posiłkować się (bilą), bilę wymuskiwać (jako uroczy synonim do trywialnych wyławiać, wybierać) itp. W sumie tyle, co nic. Ale to dobrze – taką wokalizę zakłócać banalnym tekstem mówionym byłoby rażącą bezmyślnością.
Rafał Górecki ma także rzadką u komentatorów cechę – potrafi się maksymalnie skoncentrować. Nie rozprasza go nic. Migający w tle obraz potrafi on bez trudu zignorować całkowicie i to na wiele minut. Najlepszym przykładem może być pojedynek niezdarnego mistrza świata Higginsa z nieporadnym posiwiałym, staruszkiem (53 lata) Stevem Davisem. Na tę okoliczność pan Górecki włączył tzw. olewator i opowiadał wtedy o innym snookerzyście Marku Allenie, z którym grywał w młodości na turniejach juniorskich. Wokalista ujawnił, że Allen wtedy przeklinał. Podobno powiedział kiedyś do sędziego po angielsku yyyyyyyyyyy, dżjunior bezczelny.
Z panem Rafałem komentował inny Rafał Jewtuch. Stary telewizyjny rutyniarz, choć nieco przygaszony wokalem kolegi, potrafił jednak zaistnieć. Obficie donosił o frejmach z lat minionych, meczach przeszłych i zapomnianych, pięćdziesiątkach i setkach wbitych (o wypitych taktownie nie wspominał). A do pokazywanego meczu odniósł się tylko raz, niepotrzebnie zresztą twierdząc, że bukmacherowie typują na zwycięzcę Higginsa. Nawiasem mówiąc bukmacherowie mogą sobie typować, a graczowie obstawiają i tak po swojemu. W sumie uważam jednak, że godnym partnerem Góreckiego nie był. Tamtemu jest potrzebny ktoś inny.
Dlatego mam propozycję, żeby Góreckiemu partnerował wykonawca, który potrafi relacjonować w podobnym stylu, ale z innym zaśpiewem. Np. umiejący poprowadzić nieco szerszą wokalizę Beeeeeeeeee! Już to słyszę: jeden – yyyyyyyyyyy, a drugi zaraz po nim meeeeeeeeeeee! To byłoby mini stadko, duet-kierdel godny najlepszych hal (sportowych naturalnie). Usłyszeć taki redyk – bezcenne!

* Po polsku recytatywrodzaj śpiewu, zbliżony… do recytacji tekstu, stosowany w operach, oratoriach itp. (Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych…, wyd. V).

czwartek, 22 kwietnia 2010

Partacze

21.04.2010. Polsat. LM. Bayern–Lyon (1:0). Komentowali: Bożydar Iwanow i Roman Kołtoń.
Czasem długo trzymane na uwięzi pieski po uwolnieniu biegają jak oszalałe. Każdy rozumie: „zastały się” i muszą to odreagować. Od ludzi wymaga się jednak zachowań bardziej racjonalnych. Red. Iwanow i Kołtoń wymaganiom tym wczoraj nie sprostali. Po wymuszonym Tragedią milczeniu odreagowali bezmyślnie: słowotokiem, banałem, ocenami i opiniami banalnymi (Iwanow), wieściami z mediów szmatławych (Kołtoń). Ludzie sprzątający nieczystości są pożyteczni i godni szacunku – ludzie babrający się w szambie są, po prostu, obrzydliwi. Że taka jest dziś rzeczywistość – zgoda. Ja z nią walczyć nie zamierzam, ale nazwać ją – owszem. To kloaka panie Kołtoń i Pan się w niej tapla!
Sprawozdawcy ujawnili, że na zawody w Monachium musieli przejechać samochodem ponad 1000 km, bo wulkaniczna erupcja uniemożliwiła loty. Niestety jechali zapewne przy otwartym oknie i powietrzne nieczystości zainfekowały im „silniki”. Może warto powrócić na piechotę – byłaby szansa na przewietrzenie. I pokutę za spartaczoną robotę.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Czas na refleksję!

Z powodu żałoby narodowej transmisje piłkarskie w Canal+Sport emitowane są bez komentarza; dobiega tylko oryginalny dźwięk ze stadionów.
10.04.2010 pokazano hiszpański klasyk: Real–Barcelona (0:2). Na początku panorama imponującego Estadio Santiago Bernabéu, kadry zapełnionych trybun, zbliżenia twarzy widzów: kobiet, mężczyzn, dzieci. Komplet: 90.800 widzów. Słychać Luciano Pavarottiego, śpiewającego patetyczne i piękne Nessun dorma*. Potem Placido Domingo i hymn Realu Madryd jako wokalny podkład pod grafikę ze składami drużyn. Koloryt obiektu, maestria tenorów, poruszenie, pogwar tysięcy rozmów – rezonują – tworząc uroczystą, podniosłą atmosferę sportowego święta.
Wreszcie moment szokujący: minuta ciszy z przejmującym motywem muzycznym w tle. 90 tysięcy ludzi milczy, czcząc pamięć, tych którzy zginęli w Smoleńsku – to milczenie było dla Polaka przeraźliwym krzykiem rozpaczy!**
Oglądałem już około szesnastu Gran Derbi (2 rocznie), ale nigdy dotąd nie czułem tak wyraźnie, że jestem tam, poddaję się temu nastrojowi, uczestniczę, choć moja „loża" była tak przecież odległa. Ten wstęp do meczu był niezwykły, imponujący! „Po drodze” nikt nie upiększał, nie poprawiał oryginalnej oprawy widowiska. Sztuczną kaskadę słów zbędnych i głosów pozorowanej egzaltacji tym razem wyłączono. Chciałoby się na zawsze.
Na boisku Real trochę przeszkadzał, trochę „usiłował” (zwłaszcza Ronaldo), ale porażce nie zapobiegł. Wynik sprawiedliwy – wygrała lepsza Barcelona. Trudno narzekać – grali wirtuozi – ale sportowo bywały Gran Derbi bardziej atrakcyjne.
To jednak było inne: nikt mi nie zakłócał widowiska! Mogłem je oglądać i reagować samodzielnie, nikt nie sugerował emocji i hałaśliwie nie narzucał dramaturgii. Ta cisza z offu uszanowała i taktownie zaakceptowała moje prawo do odczuć i przeżyć indywidualnych. Ta cisza, po prostu, była inteligentna.
A jednak czegoś w tej relacji brakowało. Brakowało dyskretnej, stonowanej, przyjacielskiej pomocy kompetentnego sprawozdawcy, oglądającego razem ze mną – i jego podpowiedzi: kto uczestniczy w przeprowadzanej akcji. Dopiero wtedy ten telewizyjny spektakl byłby kompletny.
Mecz odbył się w dniu niewyobrażalnej tragedii. Upiornym zrządzeniem losu odebrała ona głos tym, którzy nie zawsze wiedzą, jak go używać. Pora się na tym zastanowić!

* Aria Kalafa z opery Giacomo Pucciniego Turandot.
** Pamięć poległych uczczono dzięki inicjatywie bramkarz Realu Jerzego Dudka

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Klęska politycznej wojny o wszystko
Minęło ponad 48 godzin od tego koszmaru. Oto kilka moich refleksji.
1) 50 km przed końcem tragicznego rejsu załoga Tu-154 została poinformowana, że z powodu mgły nad lotniskiem w Smoleńsku, zalecane jest lądowisko zapasowe. Dlaczego sugestia kontrolera lotów została przez kapitana samolotu zignorowana? Jak powstawała decyzja o lądowaniu w Smoleńsku?
2) O niebezpieczeństwie latania 30-letnim Tupolewem powiedziano w Polsce wiele. Dlatego opinia austriackiego eksperta ds. lotnistwa wojskowego Georga Madera, który po katastrofie nazwał Tu-154 „samolotem z epoki kamienia łupanego…” oraz że na małych wysokościach manewruje się nim „jak kamieniem”, nikogo u nas nie zaskakuje. Można zatem wiarygodnie przypuszczać, że nowoczesny samolot mógłby wylądować pomyślnie. Co do konieczności zakupu nowych samolotów politycy, niestety, porozumieć się nie byli w stanie. Natomiast wojenkę o miejsce w latającej trumnie Tu-154 toczono niedawno zajadle i publicznie!
3) Nie zrozumiem nigdy dlaczego samolot – przestarzały, niebezpieczny, z prezydentem na pokładzie w dodatku – musiał korzystać z lotniska, które nie ma nowoczesnych urządzeń nawigacyjnych! Że najbliżej? To żaden argument – tutaj musi decydować kryterium bezpieczeństwa! Przecież można było lądować np. w Mińsku – dzień wcześniej. I kilkoma luksusowymi autokarami dojechać do Smoleńska. Dlaczego tak nie uczyniono? Co za niewiarygodne zaniebdanie!
4) Kontynuacja polskiego obyczaju politycznego, wedle którego opozycja totalnie nie zgadza się z rządzącymi, często zresztą z ich winy także – zbankrutowała. Należy wytyczyć obszary, które byłyby dobrem wspólnym! Niech „syndrom samolotu” – i tego niezakupionego i tego, który spadł – stanie się zarówno symbolem jak i ostrzeżeniem. Bo choć ta katastrofa zszokowała całą Polska, to jednak klasa polityczny zapłaciła najwyższą cenę za swe zaniechania i pychę. Miejmy nadzieję, że politycy polscy zapamiętają to na zawsze!.
*
Nie zapamiętali. Już po zamieszczeniu tego tekstu usłyszałem wypowiedź posła Andrzeja Dery, że Platforma powinna poczekać z nominacjami do czasu pogrzebów ofiar tragedii. Był to komentarz po powołaniu szefa Biura Bezpieczeństwa Państwa (BBP).
Jedni organizują uroczystości i pogrzeby ofiar, inni – jak np. po. prezydenta Bronisław Komorowski – zajmują się bieżącym zarządzaniem państwem. To jedno. Po drugie szacunek dla pamięci zmarłych i zwykła przyzwoitość nakazują zaniechanie nowej wojenki – ofiary poprzedniej nie zostały jeszcze nawet zidentyfikowane.

piątek, 9 kwietnia 2010

Nienawiść szacunku pełna!

Angielskie miasta Manchester i Liverpool dzieli od siebie 35,7 mil, w linii prostej 50 km, czas podróży 51 min. W obu dzień po dniu odbyły się mecze transmitowane przez stacje Polsatu.
7.04.2010. mecz LM Manchester–Bayern komentowali Bożydar Iwanow i Roman Kołtoń. 8.04.2010 (dzień później) relacja z Ligi Europejskiej Liverpool–Benfica. Wydawało się więc logiczne, że obaj powinni w 24 godz. później relacjonować także drugi mecz. Ale oni wrócili do Warszawy.
A do Liverpoolu przyleciał (z Warszawy, albo z Barcelony – można się pogubić) Marcin Feddek i komentował z Romanem Szczepaniakiem, który był na miejscu.
I jak tu stać się abonentem Polsatu Cyfrowego (do czego zachęcają nas ostatnio jej reklamy) skoro gołym okiem widać, że stacja lekkomyślnie szasta pieniędzmi. Nie są to co prawda kwoty znaczące, ale już bezmyślność pokaźna, bo jakiekolwiek sensu dopatrzeć się niesposób, wizerunkowo więc obraz stacji wręcz fatalny.
Nad Marcinem Feddkiem i poziomem jego komentarza znęcać się nie zamierzam. Pouczę tylko, że w Benfice grał Garsija (a nie Garsja).
Współkomentujący Roman Szczepaniak to Polak, fan Liverpoolu, tam mieszkający. Przybliżmy trochę jego sylwetkę. Na uwagę red. Marcina, że kibice Liverpoolu i Manchesteru się nienawidzą, odparł:
Może się nienawidzimy, ale się szanujemy. Szorstki to musi być szacunek. Wyobrazić sobie można takie np. tekścik pana Romana do kibica MU: Bądź uprzejmy zauważyć, palancie, że cię szanuję, bo dawno byś w ryj dostał.
I odpowiedź tak uszanowanego:
Szacunek do ciebie nakazuje mi uprzejmie cię prosić: spier… kretynie, pókiś cały!
Obcowanie z ludźmi o takiej mentalności proponuje nam ogólnopolska telewizja. Za tę relację do nikogo z Polsatu nienawiści nie żywię, ale tak potraktowany z wyrażaniem szacunku powstrzymam się także.

Obserwatorzy

O mnie

Warszawa, Poland
Kibic sportowy