niedziela, 28 lutego 2010

Justyna Kowalczyk

27.II.2010. Olimpiada Zimowa w Kanadzie (Vancouver). Bieg na 30 km.

Justyna Kowalczyk złotą medalistką

Za piękną walkę i piękne zwycięstwo

GRATULACJE!

sobota, 27 lutego 2010

Prosto z mostu nie znaczy rozumnie

Gazeta Wyborcza. 24.02.2010. Wywiad z Justyną Kowalczyk, która podejrzewa swoje przeciwniczki, że symulują astmę, aby się dopingować. (O Marit Bjergen, Norwegia – złoty medal w biegu łączonym)… Przyjechała się tu nawdychać, a potem biegać, i niech się tym zajmie… I dalej. ...Marit czuje się zagrożona, bo dobrze wie, że bez tych swoich „pomagaczy” nie miałaby tu co robić ze mną i innymi dziewczynami.”
GW. 25.02.2010. Wywiad z Markiem L. Kowalskim (profesor Uniwersytetu Medycznego w Łodzi – alergolog). Na pytanie co to jest astma? Astma jest zapaleniem dróg oddechowych. Oskrzela doprowadzające powietrze do pęcherzyków płucnych… są chore. U sportowców dyscyplin wytrzymałościowych przyczyną astmy jest podrażnienie (oskrzeli) przez hiperwentylację, czyli zwiększony przepływ zimnego powietrza. …zimne powietrze nie zdąża się ogrzać i uszkadza błonę śluzową oskrzeli. I dalej o konsekwencjach… Powietrze dopływa do pęcherzyków płucnych z większym trudem. Człowiek odczuwa duszność. W związku z tym sportowiec, czy nie sportowiec, powinien być leczony. Jeszcze cytat z wypowiedzi profesora: Leki stosowane w dawkach leczniczych nie zwiększają zdolności do wyników sportowych, a w dawkach dużych zostają wykryte testami antydopingowymi.
GW. 26.02.2010. wywiad z Justyną Kowalczyk. Umiem świetnie finiszować, ale z niektórymi nie miałam szans, bo miały więcej tlenu w płucach, a ich mięśnie na ostatnich metrach były mniej zakwaszone od moich. Pytana, czy nie żałuje swoich słów odpowiada: Nie, powiedziałam prawdę prosto z mostu.
Według pani Justyny sprawa jest jasna: Bergen i inne zawodniczki symulują astmę, albo rzeczywiście mając astmę przyjmują większą ilość leków, niż to konieczne; czyli – w obu przypadkach – dopingują się. Stosowne badania, którym są ustawicznie poddawane, tego jednak nie wykazują. Znaczy jest spisek. Szefowie antydopingowego laboratorium i włodarze kilku narciarskich federacji porozumieli się i rywalizacja na olimpijskich trasach narciarskich jest skandalicznie wypaczona. Pani Kowalczyk zatem powinna zawiadomić prezesa PKO Piotra Nurowskiego, by ten interweniował w MKOl, który powinien wszcząć… itd.
Jednak tego nie robi. Za to w licznych wywiadach, niestety, dopuszcza się insynuacji. Justyna Kowalczyk jest osobą publiczną, znana w całym światowym narciarstwie. Lepiej byłoby, żeby nie mówiła prawdy prosto z mostu, a wypowiadała się raczej prosto z rozumu.
Pani Justyna ma wydolność, inteligencji mieć nie musi. W dzisiejszym biegu na 30 km techniką klasyczną, której jest specjalistką, życzymy jej zdobycia złotego krążka.. Do medalu inteligencja nie jest konieczna, wydolność jak najbardziej. Dlatego bądźmy optymistami.


czwartek, 25 lutego 2010

Wtopa do Wtopy i mamy Wtopowisko! HD!


Eurosport. Olimpiada Zimowa w Vancouver. Relacja ze slalomu giganta kobiet. Komentowali: Marcin Szafrański i Witold Domański.
Opiszę fragment tej relacji, aby pokazać błędy i uchybienia wielu telewizyjnych przekazów.
Kamera pokazuje, chwilę przed startem, Austriaczkę Kathrin Zettel. W tym czasie pan Marcin kontynuuje zaczętą wcześniej kwestię. Widzimy jedno słyszymy drugie (1). Pan Szafrański skończył. Teraz na ekranie alpejka niemiecka Victoria Rebensburg. Pan Witold przedstawia nam… Kathtrin Zettel. Widzimy jedno słyszymy drugie (2). Znika z ekranu Victoria; kamera pokazuje już inną, startującą akurat zawodniczkę. Wtedy pan Witold przedstawia Victorię Rebensburg. Widzimy jedno słyszymy drugie (3). Zatem w krótkim czasie komentatorzy trzy razy rozminęli się z obrazem! Nazwijmy taką rozbieżność Wtopą. Zatem 1 Wtopa niech będzie jednostką rozbieżności między obrazem a słyszaną relacją.
Przyjmijmy, że takich Wtop* bywa w relacji kilkanaście, a w dłuższym przekazie nawet kilkadziesiąt. Nie ma wątpliwości – mętlik i zamęt u oglądających wielce uciążliwy a dyskomfort oczywisty. Panie Witoldzie, gdyby przy mikrofonie był pan sam, to tylko w tym opisywanym przypadku można by uniknąć trzech jednostek rozbieżności, trzech Wtop! A przecież w czasie tego giganta wtapiali się Panowie jeszcze wiele razy. Czy zatem warto relacjonować wespół w zespół? Dwójka komentatorów ma sens w transmisjach z dyscyplin, gdzie akcja rozgrywana jest wolniej lub jest rozłożona w czasie (biegi narciarskie, biatlon, kolarstwo szosowe, snooker). Ale w narciarstwie alpejskim, czy tenisie racji bytu nie ma. Przy jednym komentatorze Wtop będzie ewidentnie mniej. I, jak to mówią: można zejść z kosztów. Szefie Domański – przekonałem Pana?
~~~~~
Polsat. Mecz LM Inter–Chelsea (2:1). Komentował Mateusz Borek.
Obaj trenerzy zadbali o to, żeby przebieg gry przypominał przewlekłe zatwardzenie. Zwłaszcza Mourinho (Inter) nakazał „swoim” obstrukcję totalną. A ci mieli tzw. „dziki fart" i, strzelając w całym meczu trzy razy na bramkę, zdobyli 2 goale. Ancelotti, dysponujący lepszymi piłkarzami, próbował leków przeczyszczających, ale, poza jednym przypadkiem, z zaparciem przeciwnika sobie nie poradził. Porównanie nieeleganckie, ale też mecz na lepsze nie zasługiwał.
Jaśniejszym punktem transmisji był komentator. Relacja Mateusza Borka bez zarzutu. Niech Pan wreszcie coś sknoci, bo ja tu jestem od czepiania się, a nie od komplementów!!

* Ciekawe ile Wtop w relacjach z meczów piłkarskich zaliczają pracownicy Canal+Sport: Grzegorz Milko, Tomasz Lipiński, Rafał Nahorny, Leszek Orłowski? Tam Wtopa goni jednostkę rozbieżności i Wtopą pogania. Aż szacować strach. Powiedzmy więc eufemistycznie, że było by to rozległe Wtopowisko, HD w dodatku.

środa, 24 lutego 2010

Barek z dobieraniem!



Z początku byłem pełen nadziei. I, broń Boże, smutny. Myśłem: z Igrzysk Zimowych w Kanadzie obejrzę w Eurosporcie relację z biathlonu Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego. Nasze Panie podobno z szansami na medal w sztafecie. Tak pisali fachowcy. A ja im uwierzyłem, m.in. dlatego mi smutno. Wkrótce ostudzili mnie – markotni już od startu – panowie Krzysztof i Tomasz: byli bardzo sceptyczni co do szans Polek. Mieli nosa, którym celnie wykrakali, bez dobierania. Dlatego mi smutno.
Pani Krystyna Pałka na pierwszej zmianie najpierw biegła, potem strzelała, potem pudłowała, dobierała i znów strzelała i jak strzała dobierała, bo ciągle nie trafiała. Chyba źle posmarowała, bo dobieraniem sobie nie pomagała – do piątego krążka dobrała się dopiero za trzecim razem. Oj, ugodziła pani Krystyna w moją nadzieję całą sobą jak obuchem. I to od razu celnie bez dobierania. Dlatego mi smutno. Ale jej było pewnie jeszcze smutniej. Dlatego mi jej żal.
Na drugiej zmianie Magdalena Gwizdoń popełniła błąd na strzelnicy. Powinna poprosić, żeby jej dobrali inną tarczę, bo do tej i naboje i dobieranie nie pasowały. Były za małe i za lekkie. Trafiana takimi pociskami-lotkami – piąta tarcza zwłaszcza – opadać nie chciała za nic. A jak się wyczerpało dobieranie, to zacisnęła się pani Magdalenie pętla i nie puszczała. Puściła dopiero jak ją pani Madzia przebiegła. Taki smutny regulamin. Szczęśliwie do pętli dobierać nie trzeba, bo tam nie ma strzelnicy, dlatego można biec. Mimo wszystko smutno mi.
A propos pomyłek Polek na strzelnicy. Pan Krzysztof chcąc telewidzów trochę pocieszyć opowiedział historię sapera, który znalazł jakiś niewypał i też się pomylił: zamiast niewybuch rozbroić i wyrzucić, to go schował do kieszeni, a wyrzucił zapałki. Potem chciał „zapalić", potarł… i skutek wiadomy: strachu się najadł, kieszeń szlak trafił, spodnie do wyrzucenia. Autentyk, bo z Internetu. Trochę telewidzów rozbawił. Ale smutno jednak nie ustępowało. Mnie trzyma dotąd.
Radowały się Rosjanki. Konkurencję rozbiły w proch, a Pyliewa nawet w pył. Inna – Slepcowa – nie trafiła na trasie w żadne drzewo, a na strzelnicy trafiła we wszystkie krążki. Taka GPSka! Ale to smutku nie rozwiało.

Szczęśliwie dobrały się dwie pozostałe Polki – Weronika Nowakowska i Agnieszka Cyl strzelały prawie bezbłędnie i polska sztafeta zajęła ostatecznie 12 miejsce. A po I zmianie była 17. Taki postęp, a mnie wciąż smutno. Miało być pudło a były pudła.
Obaj komentatorzy choć też przygnębieni, klasę trzymali. To mi pewnie wybaczą kiepski tytuł w poprzednim o nich blogu (skorygowany... przez dobranie). Trochę mi lżej, ale wciąż smutno.
Otworzyłem barek. Trasa nieźle przygotowana. Co tu wybrać na pierwsze strzelanie? Chopin w żadnym wypadku. Dostałem buteleczkę z jakiejś okazji. Ale mnie tego tknąć się nie godzi. Fałszuję nawet jak chrapię. Wybrałem Gorbaczowa. Lufa do góry i... za pierestrojkę samopoczucia! Nabój precyzyjnie w tarczy! Nawet po pięciu celnych chyba dobiorę.
Teraz już mi tylko „smutnawo". Ale muszę kończyć – zbliża się drugie strzelanie.

wtorek, 23 lutego 2010

W co trzeba wejść, żeby posiąść?


W Eurosporcie olimpijski drużynowy konkurs skoków. Ponieważ w sobotę (20.II) Małysz skakał po medal, tylko wybraniec losu red. Szaranowicz mógł to relacjonować, zdzierając gardło. Współkomentujący trener Apoloniusz Tajner godny tego nie był: stąd w obejmach z mikrofonem „robil" jedynie za asystenta. Jego komentarzy i fachowych ocen zabrakło. Bardzo głośno zabrakło, zresztą. W poniedziałek (22.II) pan Włodzimierz był zaskakująco powściągliwy. W powtórkach milczał. Mógł więc pan Tajner oceniać i analizować do woli. Z okazji jednak nie skorzystał. Prawie się nie odzywał. Jak chciał jeden, to drugi go nie dopuszczał, a jak go douścił, to tamten się jakby obraził, bo nie chciał.
To są rzeczy dla mnie niepojęte. Proste wydaje się uzgodnienie: ja zapowiadam skoczka, ty w powtórce skok analizujesz: spóźniony, za wczesny, pod jakim kątem wykonany, inne ewentualne błędy, jak w powietrzu, jakie lądowanie, jest nieosiągalne!
Jeden pan jest prezesem związku narciarskiego, a drugi dyrektorem w TVP. Powinni umieć współpracować, uzgadniać, dogadywać się, negocjować z wieloma ludźmi, grupami, zespołami. I, naturalnie, rozwiązując dużo trudniejsze problemy. A tutaj ci dwaj ludzie zupełnie nie potrafią się porozumieć w sprawie elementarnie nieskomplikowanej – więc zamiast mądrze jest niemądrze, zamiast profesji – amatorszczyzna. Pytam dlaczego? Że sprawa jest błaha, trzeba mieć do niej dystans, zgoda. Ale to tym bardziej nie powód, żeby ją rozstrzygać tak głupio.
Przyznam szczerze: jestem za mało rozgarnięty, żeby pojąć takie nonsensy-bezsensy, absurdy, bałwaństwo. Tu jest potrzebna jakaś specjalistyczna wiedza. Niestety – mówiąc językiem polityków: w zakres jej posiadania nie wszedłem.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Pan Stefania Przebiśnieg


Na stronach sportowych Gazety Wyborczej, z okazji olimpiady, o imprezie i jej komentatorach pisze niejaki Stefania Przebiśnieg. Niejaki, bo się zdemaskował. Widać wyraźnie, że to chłop „z branży”. Kobiety są, na ogół, wrażliwsze i za relację ze skoków od żadnej red.-dyr. Szaranowicz pochwały nie mógłby oczekiwać. Co innego nasz subtelny Stefania. Najpierw słodziutka Stefcia pisze: Szaranowicz i Tajner… wydali z siebie dzikie, nieartykułowane wrzaski, po tym smacznie się podlizuje: …w emocjach Pan Włodek zawsze był świetny. Trawestując Mrożka: w emocjach to może on był świetny, ale w rozumie słaby. Stefania jednak głupi nie jest: pan Włodek to dziś dyrektor sportu w TVP! Lepiej gloryfikować jego nieludzki ryk, niż zamknąć sobie drogę do telewizyjnego studia „jedynki”. Kasa, Misiu, kasa. No i solidarność środowiskowa. Syndrom oblężonej twierdzy wymusza określone zachowania. To już jednak nie dziwi.
O nachalnym forsowaniu własnego, niekompetentnego komentarza, o niedopuszczaniu do głosu fachowca, trenera Tajnera, o wrzaskach, banałach i pustosłowiu Szaranowicza, o tym, że jak zwykle podczepia się pod sukcesy wielkich sportowców, by eksponować siebie – sir Stefania już nie wspomina. Jednym słowem Stefa zgrabnie to rozegrał: za tekścik w gazecie gratyfikacja i, na wszelki wypadek, kurtuazyjny smrodek pod adresem red.-dyr. Szkoda tylko, że takie zapaszki musi także wąchać czytelnik renomowanej gazety.
Tak przy okazji. Poprzednikiem Szaranowicza na stanowisku był Robert Korzeniowski. Stworzył on nowy kanał TVP Sport. Wydawało się, że były wielki polski zawodnik wypełnia misję telewizji publicznej na niwie sportowej, rozumiejąc co znaczy dla popularyzacji sportu jego powszechność i obecność w każdym prawie domu. Zamiast jednak przekazać stację operatorom kablówek, jak w przypadku TVP Kultura, pan dyrektor kanał zakodował. I misję szlak trafił. Logicznie biorąc coś tu się nie zgadza. Przeciwnie: kasa się zgadza i o to pewnie chodziło. Mój komentarz jest taki panie Robercie korzeniowski: kiedyś wzruszałem się, nierzadko do łez, gdy byłeś Wielki, dziś wzbudzasz moją niechęć, boś skarlał.
Naturalnie bliskim współpracownikiem byłego sportowca w TVP był wówczas Włodzimierz Szaranowicz. I on też się niewątpliwie przysłużył w wypełnianiu tej „misji”. Ale to dla pana temat tabu, panie Stefo Przebiśniegowa!

niedziela, 21 lutego 2010

Najlepszy był Małysz, ale wygrał Ammann – zasłużenie


20.02.2010. Eurosport. Olimpiada Zimowa w Kanadzie (Vancouver). Na dużej skoczni Adam Małysz zdobył srebrny medal. Komentowali: Bogdan Chruścicki i Marek Rudziński.
Simon Ammann wygrał zasłużenie, to prawda. Ale prawdą jest też, że nie mógł przegrać z nikim. Z tego wynika, że Adam Małysz był najlepszy, bo wygrał ze wszystkimi. Zajął bowiem najwyższe wolne miejsce, jakie było do osiągnięcia, więc – drugie.
Simon nie mając alternatywy – skakał bez obciążeń. Wahań, wątpliwości i rozterek nie miał żadnych. Mógł osiągnąć jedynie to miejsce, które uzyskał; wysilać się nie musiał. Gdyby przyszło mu naprawdę walczyć ze Schlierenzauerem (brąz) i innymi, wynik nie byłby taki oczywisty. Ale Simon „pod przymusem” nie był.
Natomiast dla Adama Małysza alternatyw było mnóstwo: mógł być trzeci, czwarty, piąty, itd. Żeby osiągnąć taki sukces musiał pokonać 48 rywali. Ergo – był pod presją. Miał trudniej, dlatego był najlepszy, chociaż drugi. Mimo wszystko wynik olimpijskiej rywalizacji należy uznać za sprawiedliwy. To są właśnie sportowe paradoksy.
Zwycięzcom i wielu pozostałym zawodnikom należą się gratulacje i podziękowania za piękny konkurs.
Ale blog ten powstał głównie po to, by się „czepiać”. Tym razem zgłaszam patologię – dotyczy ona Marka Rudzińskiego. Jest on uzależniony od artykulacji. Musi mówić. Szybko i długo. Bez względu na sytuacje i konteksty. W sobotę najbardziej denerwowały liczne exposé w czasie lotu skoczków. Zagadywać samą istotę przekazu „na żywo” lawiną banałów to telewizyjne sprawozdawcze partactwo wyjątkowe. Ten człowiek przyszedł do telewizji, a nieprzerwanie tkwi w radiu. Ta przewlekła choroba wciąż trwa. Jakiś lekarz jest tu pilnie potrzebny.
Piszę to z przykrością, bo pan Rudziński jest nie tylko zdolnym, ale, jak sądzę, także bardzo sympatycznym człowiekiem. Gdyby środowisko sprawozdawców „z okienka” podlegało jakiejkolwiek krytyce medialnej, dawno ktoś by schorzenie pana Marka zauważył, publicznie mu je wytknął i opisał. I dziś byłby on zapewne wolnym od anomalii, znakomitym komentatorem. Ale sprawozdawcze „Yaya” są nietykalne. Stąd liczne u nich deformacje i wykoślawienia, na które telewidzowie muszą patrzeć i ich słuchać. Zupełnie niezasłużenie!
*
Ktoś powie: trzeba było przełączyć na TVP1! Nie chciałem, bo tam czyhał przy mikrofonie Włodzimierz Szaranowicz. I miałem rację. Nazajutrz obejrzałem powtórkę w tzw, „publicznej", przypadkowo zresztą. To przeszło ludzkie pojęcie. Po skoku Małysza w I serii (137m) usłyszałem takie dźwięki, które wydobywają z siebie istoty prymitywne, wręcz półdzikie. Człowieku jesteś pracownikiem telewizji publicznej, jak Ci nie wstyd? Ale to nie wszystko. Pan redaktor zaprosił do studia, byłego trenera Małysza, Apoloniusza Tajnera. I nie dał mu dojść do głosu! To Szaranowicz, zarozumiała, wypchana trocinami bezczelności i tupetu żałosna sprawozdawcza kukła, oceniał skoki sześciu najlepszych. Plótł wyświechtane, piramidalne bzdury. Kompetencji zero, dobrego wychowania takoż. A przecież Apoloniusz Tajner to jeden z trenerów, dzięki którym pan Adam się przed laty odrodził. Trener nie mógł jednak się przebić z żądną oceną.
Nie pierwszy to raz, gdy niekompetencja i bezmyślność czyni z publicznej telewizji medialne gumno. Gumniarzy ci tam dostatek. Jeden z nich został niedawno dyrektorem sportowym. Gratuluję i zasyłam różne wyrazy.

Obserwatorzy

O mnie

Warszawa, Poland
Kibic sportowy