piątek, 10 sierpnia 2012

Czas na szkółki dla szkoleniowców!

W III. rundzie eliminacji do Ligi Europy Legia pokonała austriacki SV Ried i w IV. zagra o fazę grupową. Po 1:2 na wyjeździe, wygrała u siebie 3:1. Po meczu trener Urban powiedział:
Moim skromnym zdaniem, zagraliśmy bardzo dobrze. Stworzyliśmy wiele składnych akcji i strzelaliśmy gole. Szkoda tylko, że na własne życzenie skomplikowaliśmy sobie sytuację w ostatnich minutach.
Czy Legia zagrała bardzo dobrze, czy jedynie dość poprawnie można dyskutować – moim zdaniem grę swej drużyny trener przeszacował.  Ale to mniej istotne – najważniejsze, że awansowała.
Natomiast zdumiewa druga część wypowiedzi Urbana, że na własne życzenie itd. Otóż w 59 min przy wyniku 2:0 trener dokonał zmiany: za Łukasika* wszedł Gol. Na boisku pozostał zaś Vrdoljak, który miał już żółtą kartkę i dalej faulował. Dlatego to jego trzeba było wycofać z gry, tym bardziej, że niedawno miał przerwę w treningach bo był kontuzjowany. Przy stanie 3:0 stało się: Chorwat sfaulował, dostał 2. żółtą kartkę i Legia musiała przez ponad 20 minut grać w „10”. Austriacy strzelili bramkę i rozpoczęła się nerwówka – następny gol Polaków eliminował. Brakowało niewiele: tuż przed końcem meczu rachityczny blondynek  z obozu „wrogów" spudłował głową z paru metrów. Zatem nie na własne życzenie skomplikowaliśmy sobie sytuację w ostatnich minutach tylko z powodu bezmyślności swego trenera przez kilkanaście minut zawodnicy poddani byli sporemu stresowi, niepotrzebnie stracili trochę zdrowia i nerwów – o kibicach nie mówiąc.
Gdy przypomnieć jak poprzedni trener Maciej Skorża asekurancką, wręcz tchórzliwą pseudotaktyką przegrał z kretesem mistrzostwo Polski – można sentencjonalnie stwierdzić: biedna ta Legia.
Jeszcze jedno: Jacek Magiera jako II. trener czy też asystent pracuje w klubie od 20 grudnia 2006 r. Przetrwał Dariusza Wdowczyka, Jacka Zielińskiego, Jana Urbana, Stefana Białasa, Macieja Skorżęobecnie ponownie jest przy Urbanie. Taki dobry doradca, czy raczej człowiek spolegliwy, gumowy, bez inicjatywy – więc wygodny. Może warto, by dyr. sportowy zareagował, bo takie błędy, jak opisany wyżej, sztab szkoleniowy Legii po prostu kompromitują.
Niedawno niezły „numer” wykręcił także Orest Leńczyk, trener Śląska Wrocław. Jego zespół grał w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Po wygranej na wyjeździe 2:0 w rewanżu u siebie pan Orest pozostawił w rezerwie dwóch podstawowych zawodników: szybkich skrzydłowych Sobotę (obecnie już kadrowicz) i Patejuka. A w składzie znalazło się dwóch lewych obrońców – jeden grał jako lewy pomocnik. Nietrudno sobie wyobrazić jaki kociokwik mieli w głowie grający zawodnicy i jak to negatywnie wpłynęło na ich postawę na boisku! Lewego pomocnika zresztą zmienił Leńczyk już w I. połowie, tym samym przyznając się, że palnął głupstwo. Przeciwnik strzelił gola i tylko wielkiemu szczęściu może zawdzięczać, że Śląsk nie stracił dalszych goli i szczęśliwie awansował. Juniorskie wpadki taktyczne sędziwego szkoleniowca można by mnożyć.
Nieudolne i tchórzliwe decyzje trenera Franciszka Smudy, podczas niedawnych ME, to kolejny przykład polskiej „bezmyśli” szkoleniowej.
Polskich piłkarzy dość często się krytykuje, zresztą słusznie, ale także ich szkoleniowcy są wyraźnie… niedoszkoleni. Popełniają zawstydzające błędy taktyczne, nie pomagają drużynie w czasie meczu, a także podejmują niemądre decyzje personalne przy ustalaniu składu I. jedenastki.
W niektórych klubach prowadzone są już szkółki piłkarskie – np. ta w Legii funkcjonuje bardzo dobrze. Szkolenie trenerów, sądząc po efektach, stoi na kompromitującym poziomie i wymaga daleko idących zmian. Chciałoby się zapytać: co na to PZPN? Ale tam jest Grzegorz Lato! Dlatego zamiast zadawać jakiekolwiek pytania lepiej odreagować solidną wiązankę – adresat wiadomy.

* Zawodnik kontuzji nie sygnalizował. 

czwartek, 9 sierpnia 2012

Dlaczego Gazeta Wyborcza tym razem nie ostrzegła

Na I.O. w Londynie polscy siatkarze przegrali z Rosją 0:3. Na tę najważniejszą dla sportowca imprezę z formą ewidentnie nie trafili. Niestety, ale się zdarza. Zadać można pytanie: czy istnieje jakiś system wczesnego ostrzegania, który – wmontowany w cykl treningowy – sygnalizowałby popełniane w przygotowaniach błędy na tyle  w porę, by znakomitemu trenerowi i doskonałym zawodnikom umożliwić korektę. Tego wyraźnie zabrakło. Chociaż wydaje się, że prowadzenie zespołu przez trenera (zwłaszcza zaniechanie zmian) także pozostawiało w tym meczu wiele do życzenia
Ostrzec nie mogli również, niestety, znani dziennikarze, piszący (m.in.) o siatkówce. Rafał Stec z GW bowiem, oprócz bieżących tekstów, od miesięcy komponuje hagiografię pt. Andrea Anastasi: genialny i nieomylny po wsze czasy. A Przemysław Iwańczyk (GW i Polsat Sport) jest także „urobiony po pachy". Od dłuższego czasu przygotowuje się do trudnego i pionierskiego dla siebie wywiadu: mianowicie zamierza odpytać  konia z łękami – przedstawiciela dwóch dyscyplin sportu: jeździectwa i gimnastyki.
Oba teksty wkrótce w Wyborczej.

środa, 8 sierpnia 2012

Czy ktoś okiełzna tę miernotę i frazes?

Dziś na I.O. mecz naszych siatkarzy z Rosją. Jednym z komentatorów TVP – obok Mariusza Szyszki – będzie Piotr Dębowski, czyli – nieodosobnione, niestety – telewizyjne nieszczęście. Poziom jego retoryki bowiem upoważnia go do zabierania głosu w gronie kilku zaledwie osób i to najlepiej nietrzeźwych. A tu będzie przecież mówił do widowni wielomilionowej. W porównaniu z poprzednimi relacjami (potyczki z Włochami i Bułgarią) trochę się, co prawda, wyciszył, ale niestety ciągle ostentacyjnie wychodzi przed szereg i po każdej rozegranej akcji pierwszy wyrywa się z oceną. A to co mówi jest prawie zawsze mieszanką wyświechtanego banału ze zwykłymi głupstwami: ani to mądre, ani merytoryczne, natomiast skrajnie upierdliwe dla oglądającego – zwłaszcza w momentach niepowodzeń Polaków. Szlag człowieka wtedy trafia w dwójnasób: nie dość, że denerwuje się bo nasi dołują, to jeszcze musi wysłuchiwać takiej, mniej więcej, profesjonalnej i mentalnej tandety:
no niestety, proszę Państwa, jaka szkoda, tak niewiele brakowało;
Polacy muszą jakoś zatrzymać tego Michajłowa;
nie możemy popełniać takich prostych błędów;
proszę Państwa, jeśli pozwolimy Rosjanom wpaść w trans mogą być nie do zatrzymania, dlatego Polacy muszą koniecznie zrobić przejście;
dobry wyblok, mamy kontrę, ach, jaka szkoda, jaka szkoda, Winiarski minimalnie w aut, jakże niewiele brakowało;
teraz, teraz musimy wreszcie przejąć inicjatywę, trzeba pokazać Rosjanom kto tu rządzi;
czas najwyższy by zacząć odrabiać straty;
dobrze, dobrze, na całe nasze szczęście Rosjanie dotknęli górnej taśmy;
teraz przydałby się as serwisowy, przecież Bartman to potrafi;
niestety, niestety ta piłka trafiła w taśmę i została na naszej stronie boiska;
niedobrze, niedobrze, proszę Państwa: as serwisowy Wołkowa, niestety,
jeszcze gramy, jeszcze gramy, no nie, proszę Państwa, Winiarski nie może tak anemicznie atakować, Rosjanie muszą poczuć naszą siłę;
teraz, teraz – mamy kontrę, Kureeeeek! no, niestety zablokowany, jaka szkoda;.
niedobrze, niedobrze proszę Państwa, teraz konieczna jest już maksymalna koncentracja, żarty się skończyły, tu już półśrodki nie pomogą;
dobrze, doskonale, wreszcie Michałow zablokowany;
Tietiuchin znowu przestrzelił, nie mamy nic przeciwko temu, prosimy o jeszcze;
Rosjanie wiedzą, że potrzebny im jest teraz 25. punkt, by wygrać seta, dlatego musimy być maksymalnie skoncentrowani, jeszcze jest iskierka nadziei.
niestety, szkoda wielka szkoda, set dla Rosjan. itd., itp.
Nie wiem czy ktoś może zmusić Dębowskiego by usunął się w cień, a oceny i opinie pozostawił najpierw Mariuszowi Szyszce, który na siatkówce się zna a ogładą i klasą jako człowiek też, eufemistycznie rzecz ujmując, P.D. nie ustępuje. Wiem – idealnie nie będzie, bo pan Mariusz, jako były zawodnik, ma w genach zakodowane być „za swoimi”, i w swoim komentarzu emocjonalnego kibicowania nie uniknie. Jednak merytorycznie widowisko niewątpliwie zyska. I, co bezcenne, nie będzie wtedy słychać Dębowskiego!

wtorek, 7 sierpnia 2012

Zosia zrobiła rufę i wskoczyła na podium!

Z okazji I.O. TVP sprawiła sobie monumentalne studio. Ciekawe ile ono kosztowało? To pytanie nie jest przejawem demagogii, zważywszy, że minister kultury wspomógł niedawno telewizję kilkoma milionami złotych, bo zabrakło jej na bieżącą działalność. Wygląda na to, że dużą część tego wsparcia poszło na ten olimpijski wystrój.
Gospodarzami studio zawiadują 3 pary, na trzy zmiany – na każdej szychcie osiada jedna para – kabotyńskie uśmiechy obowiązkowe! Trawestując znane porzekadło można powiedzieć, że nieszczęścia siedzą parami! Obok tkwią zaproszeni goście, którzy są odpytywani na różne tematy. Bywa wesoło. Np. siatkarzowi Pawłowi Papke jedna z Pań (nazwisko litościwie przemilczę) zadała takie pytanko, cytuję: Jak spędzacie kilkanaście godzin przed takim dużym wydarzeniem? Normalnie, absolutnie staracie się nie myśleć? Zamykasz oczy i bez problemu wstajesz rano wypoczęty. Normalny człowiek takiego obciążenia by nie zniósł dzień przed. Pozostaje odpowiedzieć pytaniem: jak wobec milionowej widowni rozumny (jak sądzę) człowiek nie wstydzi się zadawać takich idiotycznych pytań? Swoją drogą, nie wiem jak zachowuje się owa Pani pod wstaniu z łóżka, ale raczej niech stara się myśleć i dla własnego bezpieczeństwa oczy mieć jednak otwarte. Chociaż delikatny kontakt uroczej główki z jakimś meblem mógłby, per saldo, okazać się dla niej terapeutyczny.
*
Igrzyska to prawie całodzienna dawka telewizyjnych transmisji. Oglądamy wciąż zmieniającą się wizję, dziesiątki, setki obrazów, ujęć, planów ogólnych i konterfektów. Towarzyszy im, naturalnie, ogrom wrażeń, emocji, huśtawki nastrojów, jednym słowem przeżyć co nie miara. Bywa to niekiedy dość wyczerpujące., ale to nasz wybór – w końcu Olimpiada ma swoje prawa.
Ale jakim prawem bezustannie towarzyszyć nam muszą namolne i hałaśliwe słowotoki komentatorów: wydzierają się, ryczą, wyją, skowyczą. Całkowity brak opanowania – emocji nie kontrolują zupełnie. Byle więcej, byle głośniej. Nie dziwi więc, że sens i logika wypowiadanych ocen i opinii bywa bardzo często żenująca. Kilka przykładów.
Gdy Tomasz Majewski zdobywał złoty medal dyr.Włodzimierz Szaranowicz i Marek Jóźwik uradowali się tak przeraźliwie, że podobnego skowytu w cywilizowanym świecie chyba nikt dotąd nie słyszał. Nie wykluczone, że ostatnio tak radował się praczłowiek, wprowadząjąc się do 1-szej wydrążonej przez siebie jaskini. Jak widać dyr. z podwładnym, na krótką chwilkę, cofnęli ewolucję o setki tysięcy lat.
Dyr. Włodzimierz popisywał się także błyskotliwą retoryką. Wytknął błąd przegranemu sprinterowi Powellowi: przecież gdyby puścił w rytmie ruch.1 Niestety, puszczał ruch nierytmicznie i zwycięstwo szlag trafił. Innemu zawodnikowi wytknął infekowanie otoczenia: swym talentem zaraził innych. Jak można pozyskać talent przez zarażenie tego już nie ujawnił. Po biegu na 100 m zeskanował także Amerykanina Tysona Gaya. Fachowo stwierdził; widać(!), że jest przygotowany do biegania do 80 m i chociaż: Gay rytmowo biega znakomicie to przegrał, bo był odchylony do tyłu. Ktoś mógłby spytać czy dyr. Szaranowicz wie co mówi? Oczywiście, że nie wie! Gdyby wiedział co mówi ze wstydu zostałby niemową!
Jego telewizyjny towarzysz od czasów bodaj Gierka, czyli Dariusz Szpakowski (witam serdecznie!), udzielił nam natomiast lekcji wiosłowania. Podziwiając jednego z zawodników mówił, cytuję: A tutaj spokój i kontrolowanie. Proszę popatrzeć na tę technikę. Najpierw wiosło trzeba włożyć do wody. W odpowiednim momencie przeciągnąć. Praca całego ciała od stóp poprzez nogi, wypchnięcie i pociągnięcie, mięśnie grzbietowe pracujące mocno. Wiosłowanie to jednak banalna czynność: przeciągnąć, wypchnąć, pociągnąć, grzbietem popracować i się płynie! Trzeba jednak pamiętać, żeby umieścić w wodzie wiosło i sprawdzić czy stopy znajdują się blisko nóg.
Kiedy rywalizują rodacy, o czym już pisałem, to komentarz jest najczęściej szowinizmem w stanie czystym. Sebastian Szczęsny (podnoszenie ciężarów), Bartosz Heller – siatkówka plażowa, Piotr Dębowski i Mariusz Szyszko – siatkówka), Dariusz Szpakowski – wioślarstwo, czy relacjonujący zmagania w niszowych raczej w Polsce dyscyplinach – badminton, zapasy, strzelectwo, żeglarstwo – widzą i dopingują jedynie swoich. Przykłady?
Bartosz Heller np. tak intensywnie i gorliwie wspierał naszych siatkarzy plażowych grających o półfinał z Brazylią, że obawiałem się skandalu. Na szczęście na piasek nie wbiegł i rękoczynem „wrogów” nie potraktował. Ale los okazał się mściwy. Tak skamlesz za „swoimi”? No, to przegrają! – rzekło fatum i dało wygraną rywalom. Jest i druga możliwość: relacjonujący ten mecz Brazylijczyk okazał się skuteczniejszy – w intencji swoich skowyczał bardziej poddańczo, uniżenie i żarliwie. A takich opatrzności uwielbia szczególnie i łaską obdarza przede wszystkim!
*
Kończyłem właśnie ten wpis, gdy Zofia Klepacka (żeglarstwo –windsurfing) walczyła o brązowy medal. Komentował głęboko wierzący Waldemar Heflich. Cytuję fragmenty tej Zdrowaśki do Zośki i nie tylko:
Gdzieś jesteś Zosiu?
Jeszcze nie ma Zosi na dolnym znaku.
Jeszcze musiała zrobić rufę.
Finka wyprzedziła Zosię.
Zosiu, ach gdybyś uciekła Fince.
Jak my tej Zosi życzymy zwycięstwa.
Boże, Zosiu odrób tę stratę.
Zosiu błagam, to jest Twój wyścig życia.
Dziewczyno biegnij po tej wodzie, a nie możesz tego medalu stracić.
Gdzie jesteś Zosiu?
Szczęśliwie Zosia odnalazła się na trzecim miejscu – z brązowym medalem. Po wyścigu Heflich konkludował:
Zosia to rycerz, który walczy do końca!
Boże, to był wielki dzień polskiego żeglarstwa!
Amen.
Waldemar Heflich pokazał jak można skutecznie odmawiać pacierze. Niech uczą się Heller, Dębowski, Szczęsny i inni. Ubożuchny wasz profesjonalny warsztat. Pracujcie nad sobą!

1aTo drugi w rankingu debilizmów XXI w. I to tego samego Autora. Serdeczne gratulacje. (O pierwszym można przeczytać w tekście z dnia 1.08).

niedziela, 5 sierpnia 2012

Żeby tylko Zagumny nie okazał się... Zagubnym

Dzięki telewizji Polsat jestem zagorzałym fanem siatkówki, dyscypliny której nie uprawiałem nigdy. Zatem nie jako fachowiec, ale jako kibic pozwolę sobie na parę słów komentarza. Otóż mam obawy. Dotyczą one polskiej drużyny grającej na I.O i uważanej przez ekspertów za jednego z faworytów imprezy.
(1)aTrener Anastasi pierwszym rozgrywającym uczynił Łukasza Żygadłę, zwykle rezerwowego nie tylko w klubie (włoskie Trentino), gdzie grał na co dzień, ale także w reprezentacji Polski. Tu bowiem numerem jeden był od kilku lat Paweł Zagumny – ścisła światowa czołówka na tej pozycji (w 2006 roku uznany najlepszym rozgrywającym w Japonii). Nietrudno się domyślić, że dla tego 37-letniego już zawodnika Igrzyska w Londynie i ewentualny medal miały być zwieńczeniem jego błyskotliwej kariery. Dlatego degradacja do roli rezerwowego mogła go zranić boleśnie.
Fachowcy mówią, że Anastasi wybrał Żygadłę, bo tego łatwiej zdyscyplinować (gorliwiej wykonuje polecenia trenera). Zagumny zaś jest większym indywidualistą, bardziej skorym do improwizacji – trener wolał więc zawodnika bardziej dla niego przewidywalnego.
Powszechnie uważało się, i słusznie, że reprezentacja ma dwóch znakomitych rozgrywających. Czy obecnie również? Dotychczasowa hierarchia została bowiem odwrócona o 180°. I może się okazać, że presji wynikającej z rangi imprezy wieczny rezerwowy nie wytrzyma, a poraniony psychicznie i zdezorientowany (grać jak nakazują, czy sytuacyjnie?) dotychczasowy lider w roli rezerwowego, także nie zagra na swoim najwyższym poziomie?
(2)aTrener Anastasi ma ambicję wygrywać wszystkie turnieje. Najlepsi więc są od wielu miesięcy eksploatowani maksymalnie. Czy wytrzymają trudy obecnej Olimpiady? Bo pewne oznaki braku świeżości zauważyłem zarówno w przegranym meczu z Bułgarią, jak i zwycięskim z Argentyną.
To takie moje strachy. Zapewne się mylę, bom amator. Oby!

piątek, 3 sierpnia 2012

Wielu komentatorom pilnie potrzebny jest okulista

W relacjach telewizyjnych rozprzestrzenia się ta anomalia coraz intensywniej. Prawie każda sportowa konfrontacja „swoich” z „obcymi” jest nią zainfekowana. Im bardziej prestiżowa impreza tym zaraza dokuczliwsza. Potwierdzają to, niestety, także relacje z Igrzysk Olimpijskich a obfitość i intensywność przekazu patologię znacznie potęgują. Sportowy szowinizm telewizyjnych komentatorów, bo o nim tu mowa, jest wszechogarniający – toczy telewizyjne transmisje jak złośliwy nowotwór. My, telewidzowie, doświadczamy tego powszechnie i traumatycznie.
Przykład z I.O. Spotkanie Radwańska–Georges komentowali Jacek Jońca i Wojciech Fibak. J.J. na wstępie oświadczył: Nie wyobrażam sobie innego wyniku, niż zwycięstwo Radwańskiej. Po meczu przeprosin od niego za tę głupotę nie usłyszeliśmy. Nieobiektywny od początku do końca meczu był także W.F. Natchnionym, pełnym egzaltacji głosem bez umiaru komplementował rodaczkę. Była genialna, wspaniała, wyjątkowa, niezwykle utalentowana, grała tenis na światowym chwilami poziomie. A jeśli popełniła prosty błąd, łajał ją… komplementami! Głosem pełnym smutku, bólu  i zdziwienia tak mniej więcej rozpaczał: Agnieszka ma wspaniały return, jeden z najlepszych na świecie, to jej koronne zagranie, a teraz zagrała w siatkę! Jońca milczał, bo prawdopodobnie płakał! Warto dodać, że gdy Polka efektownie zdobywała punkt to z kolei  szczerze się śmiał. Jak zmienny w swych nastrojach dzieciak!
W trakcie relacji Fibak powtórzył również owo jońcowe „nie wyobrażam sobie” a następnie dodał, że nie po to przyleciał z Lazurowego Wybrzeża, żeby oglądać porażkę Agnieszki. A my nie po płacimy abonament, żeby słuchać obywatela świata zachowującego się jak żałosny kibolek. Panie Fibak po drugiej stronie grała znakomita tenisistka, doskonale tego dnia usposobiona, zaserwowała m.in. 20 asów a Pan to dostrzegał jedynie śladowo! O zachowaniu jakiejś proporcji czy umiaru nie było mowy – stronniczość aż biła w uszy. I jeszcze jedno. Średnio nas interesuje skąd Pan przyleciał i gdzie Pan poleci – aktualne zainteresowanie własną osoba przeszacował Pan tu wyraźnie. Przypomnę więc: skromności to nie wada.
W GW w notatce pt. Olimpiada czy parada szowinistów Piotr Muszyński z Radia Francuskiego (RF) pisze o stronniczości gazet francuskich.  Potem puentuje: …nie pojmuje się dwóch prostych rzeczy. Po pierwsze, że igrzyska są bodaj jedynymi zawodami sportowymi z samej swej natury uniwersalnymi. Po drugie, że właśnie ze względu na swą naturę dają one mediom niepowtarzalną okazję do nauczenia widzów, słuchaczy i czytelników podziwiania i doceniania najlepszych, najzdolniejszych i najbardziej pracowitych, a nie tylko kibicowania swoim i liczenia ich medali bądź popadania w dziecinną złość z powodu ich braku. Tylko ślepy nie potrafi dostrzec, jak wielkie znaczenie może mieć daleko, daleko poza sportem, wyrobienie takiej postawy w masowej skali.
Szkoda, ze nawet człowiekowi tej klasy co Wojciech Fibak trzeba przypominać takie oczywistości!

* Piotra Dębowskiego za błąd w nazwisku (p. poprzedni wpis) przepraszam. Omyłkę już skorygowałem.

środa, 1 sierpnia 2012

Dyrektorze Szaranowicz! Powąchaj smak nieokrzesania twojego podwładnego!

To jest prawdziwy skandal, inaczej tego określić nie można. Chodzi o Piotra Dębowskiego, który na I.O. komentuje dla TVP siatkówkę. Nie chcę się nad nim znęcać, bo on sam dla siebie jest okrutnym katem. Jednak trudno przejść obojętnie wobec jego prymitywnego szowinizmu, debilnych ocen i uwag, które obficie z siebie wydalał, relacjonując mecze Polaków z Włochami i Bułgarami. Wył przy tym, co chwila, niemiłosiernie. Dębowski byłby kompromitacją dla każdej stacji, ale dla TVP jest kompromitacją haniebną szczególnie!
Należałoby pilnie interweniować, aby trochę go okiełznać, żeby się przymknął i wyciszył, bo inaczej każde następne mecze Polaków będą dla telewidzów niezmiernie dokuczliwą traumą. Tylko do kogo interweniować? Do dyr. sportowego Szaranowicza*, który sam wielokrotnie zachowywał się podobnie. Póki co widz jest bezradny. Pozostaje więc tylko wątpliwa satysfakcja, że tę telewizyjną tandetę można choćby opisać.
*aW studiu TVP (r. 2003) Włodzimierz Szaranowicz zadał Przemysławowi Salecie następujące pytanie:
– Chciałbyś powąchać jeszcze smak potu w ringu?
Czy ktokolwiek zna faceta, który mógłby wymyślić tak kretyński tekst – niewątpliwie debilizm XXI w!? A w TVP to jest DYREKTOR! I na tym stanowisku rozumu mu raczej nie przybędzie.

PS. Relacje z siatkówki od zawsze kojarzyły mi się z Polsatem Sport. Jednak praw do transmisji I.O. stacja nie ma. Stąd mój płomienny apel (wpis z 8.07) do komentatora Polsatu Tomasza Swędrowskiego o powściągliwość trafił kulą w płot. Ze względów formalnych relacjonować siatkówki nie mógł. Mogłaby natomiast TVP gościnnie zatrudnić pana Tomasza, ale ona wolała swoich. Z jakim skutkiem, napisałem wyżej.
Swoją drogą, mam nadzieję, że te „popisy" Dębowskiego wywołają jednak jakąś refleksję u Tomasza Swędrowskiego m.in..

Obserwatorzy

O mnie

Warszawa, Poland
Kibic sportowy