sobota, 22 października 2011

Polecam gorąco!


Każdy kto interesuje się piłką nożną
lub jest z nią związany zawodowo
powinien przeczytać
w Gazecie Wyborczej z dnia 22.10.2011 r.
zamieszczony na 43 stronie

wywiad  z prof. Witoldem Orłowskim
W futbolu jak w gospodarce,
fundamenty to podstawa

piątek, 21 października 2011

Tandeta i arogancja żółć generujące

Canal+Sport, liga włoska Lazio–Roma. Komentowali: Cezary Olbrycht i Tomasz Lipiński.
Tę gadaninę obu – namolną i hałaśliwą – a zwłaszcza drażniący, natrętny timbre głosu Olbrychta, wytrzymałem tylko do 33 minuty – potem użyłem pilota. Tym razem posłużył jako spłuczka.
*
Właściciel i prezes Polonii Warszawa Józef Wojciechowski poinformował w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, że zatrudnił na stanowisku dyr. sportowego Włodzimierza Lubańskiego. I teraz z nim, przed każdym meczem, trener jest zobowiązany konsultować skład drużyny – upokorzenie to dla niego oczywiste. W wywiadzie prezes nie wykluczył nawet, że porzuci cały ten futbolowy interes. Dzień, czy dwa po tym, na płycie boiska, tuż przed meczem Ekstraligi S.A. Polonia–Górnik, „wywiadowca” Canal+Sport Mariusz Wróblewski odpytywał trenera Jacka Zielińskiego. Interesowały go takie kwestie: (1) czy, jak nakazał prezes, szkoleniowiec konsultował skład zespołu z dyr. Lubańskim i (2) czy łatwiej się gra po takim wywiadzie, gdzie prezes stwierdza, że jak nie będą grać lepiej, to on przestanie im płacić a potem wycofa w ogóle ze sponsorowania zespołu.
Co do (1). Dlaczego Wróblewski chciał to wiedzieć? Nie zauważył, że jest wobec rozmówcy niegrzeczny, że stawia pytanego w niezręcznej sytuacji? A może pragnął zobaczyć trenera zmieszanego, plączącego się „w zeznaniach”, upokorzonego? Jeśli tak, jeśli Wróblewski odczuwałby z tego jakąś satysfakcję, to powinien on upuścić sobie trochę żółci* – na osobności. Bo ona mu publicznie wycieka i paskudzi rozmówców.
Co do (2). W publicznym łajaniu i szantażowaniu zespołu z jednoczesnym podważaniem autorytetu trenera (bo on jest przecież w największym stopniu odpowiedzialny za grę i wyniki), tylko ktoś bardzo nierozgarnięty mógłby dostrzec elementy pozytywne. Wróblewskiego nie oceniam aż tak źle. Zadając to pytanie udaje raczej pierwszego naiwnego, ściemnia i rżnie opasłego głąba w najlepsze. Obłudnie prowokuje Jacka Zielińskiego: może ten coś palnie, sypnie, zapędzi się, zdenerwuje i powie parę słów czy zdań za dużo, będą jaja. I cel osiagnięty– kołtun dopieszczony.
Chciałbym poinformować pana Wróblewskiego, że przed ekranem siedzą nie tylko głuptaki. Trochę mądrzejsi również. I oni tak właśnie oceniają ten pański wywiad.
*
Mecz Widzew–ŁKS (0:1) komentowali Rafał Dębiński i Kazimierz Węgrzyn.
Co się dzieje z R.D. trudno dociec. Przecież to dorosły człowiek, po studiach, znający języki, inteligent zatem, więc takich andronów pleść nie powinien. To po prostu wstyd. Gdyby jakiś dorosły aktor tak zagrał faceta o mentalności dziecka, dostałby Oskara. Proponuję aby Dębiński w następnych występach spróbował wykreować postać komentatora choćby średnio rozgarniętego.
Inna przypadłością tknięty jest od pewnego czasu K.W. W czasie całej relacji jest nerwowy, pobudzony, chaotyczny – nie mówi płynnie, on słowami i zdaniami raczej warczy, podszczekuje, ujada. Ale przynajmniej nie gubi meczu, zawsze go z telewidzem ogląda. Zapytam: nie można by tego robić spokojniej?
Poziom potyczki był także żałosny; „ciurkiem” więc oglądać i słuchać tego się nie dało. W ostatnim wejściu do relacji dołączyłem ok. 80 minuty. Niedługo potem bramkę strzelił ŁKS. Bliska perspektywa zwycięstwa sprawiła, że trener Michał Probierz z emocji i napięcia dostał szału. Jaskiniowym wyciem instruował, pouczał, rozkazywał swoim – sztorcował „obcych”, wbiegał na boisko i wydzierając się kłócił z sędziami, słał wiąchy dookoła, gwałtownie gestykulował i, jak już powiedziałem, wrzeszczał jak opętany. Jednym słowem zachowaniem takim przypominał swego praszczura sprzed paru tysięcy lat. Dodać warto, że również kilkudniowy, twarzowy zarost trafnie wpisywał się w kontekst. Z tego jednak nie czyniłbym trenerowi zarzutu. Taki osobnik bowiem co 3–4 dni musi golić całe ciało, stąd nie zawsze ma czas dotrzeć nożykiem wszędzie.
*
Liga Europy. Polsat Futbol – studio przed meczem Rapid Bukareszt–Legia. Były piłkarz, grający m.in. w hiszpańskim Betisie, Wojciech Kowalczyk stwierdza, że skoro w Bukareszcie sędziuje Hiszpan, to na pewno podyktuje rzut karny dla Rumunów. Kowalczyk nie zapytał nawet o nazwisko arbitra – tak spontanicznie, od niechcenia poleciał chamską insynuacją. Jednak sędzia nie tylko nie spreparował dla Rapidu karnego, ale nie dyktując go dla tej drużyny, ewidentnie ją skrzywdził. Przyznał to zresztą później sam Kowalczyk.
Dlatego warto mu uzmysłowić, że od czasu, gdy grał w Hiszpanii sporo mogło się tam zmienić – to jedno, a drugie – nie zawsze powinno powtarzać się w publicznej telewizji to, o czym się ględzi mamrotką w barze U Wojciecha.

* I kto to pisze? – może zapytać czytelnik tego blogu(a). Odpowiadam: oczywiście „piszę żółcią” bardzo często. Tyle tylko, że słuchając przez kolejne lata werbalnych popisów komentatorów, musiałem odreagować. Zamiast miotać się w bezsilnej złości, postanowiłem lejącą się potokiem trywialną, medialną partaninę adekwatnie recenzować. Jednak wyszukaną frazą, czy ugrzecznioną formą opisać się tego nie da. Stąd owa „żółć”. Dlatego pretensje proszę kierować nie do mnie. Bo tak jak, toutes proportions gardées, Palikota wygenerowali –  wespół w zespół – ojczulek-grzybek i prezes-frazes, podobnie większość komentatorów stała się współtwórcami, pojawiajacych się w tym blogu złośliwości i kpin.
Ja więc powód mam. A czym Zieliński naraził się Wróblewskiemu?

czwartek, 20 października 2011

Chwalę – i to szczerze!

Polsat Sport, siatkówka Liga Mistrzów Zaksa Kędzierzyn-Koźle–Partyzan Belgrad (3:1). Komentowali: Tomasz Swędrowski i Ireneusz Mazur.
Ta relacja w wykonaniu Tomasza Swędrowskiego mogłaby posłużyć jako materiał szkoleniowy dla uczestników kursu, pod nazwą: Jak należy komentować siatkówkę w telewizji? Zbędnych słów i zdań – prawie żadnych, rozmówek z kolegą brak, każda rozegrana akcja oceniona krótko i na temat, a rozgrywający zawodnicy wymieniani z nazwiska, bez zbędnych radiowych wtrętów. Mimo, że polska drużyna grała z zagraniczną, komentator nie faworyzował żadnej, był obiektywny.
I jeszcze jedno: Tomasz Swędrowski ma rzadką zaletę: doskonałą emisję głosu, z unikalną bo naturalną ekspresją – jej brzmienie w relacjach sportowych bezcenne. I nie musi „podkręcać głośności”, gdyż ta wrodzona, oryginalna jest idealna. W normalnej formie, przy pełnej koncentracji, Swędrowski to absolutna czołówka polskich komentatorów sportowych bez względu na dyscyplinę!
Towarzyszący mu Ireneusz Mazur, wybitny niegdyś trener, starał się dostroić do poziomu kolegi. Merytorycznie nie śmiem go nawet oceniać – taki fachowiec to dla mnie wyrocznia. Natomiast mogę powiedzieć, że wypadałby lepiej, gdyby trochę uprościł swój wielce oryginalny język. Proponuję budować zdania krótsze, na złożonych łatwiej się wyłożyć.
Z drugiej strony rzecz biorąc, choćby z racji nazwiska jego specyficzna, nietypowa składnia nie powinna dziwić. Tym bardziej, że oglądać, broń Boże, nie przeszkadzał, a nawet kilka razy skwareczkami dowcipu smakowicie relację okrasił.
*
I ponownie Polsat. Liga Mistrzów Olympiakos Pireus–Borussia Dortmund (3:1). Komentował Przemysław Pełka.
Złego słowa nie można powiedzieć również i o jego pracy, Był przy każdej akcji, prawie każde zagranie zauważał, relacjonowal je w słowach oszczędnych – wiadomo było kto, do kogo itd., po nazwisku, bez niepotrzebnych radiowych dokrętek. I choć, jak przykład z siatkówki pokazuje, dwóch też może dobrze pracować, to jednak w piłce nożnej zdecydowanie lepiej dla telewidzów, gdy komentuje jeden człowiek. A dla stacji taniej. Wniosek nasuwa się sam!

PS. Miałem przygotowany na dziś zupełnie inny tekst. Ale po obejrzeniu tych transmisji postanowiłem napisać dwie pozytywne recenzje, by pokazać tym, którzy sądzą, że umiem tylko zgryźliwie obsobaczać, iż jednak dobrą pracę też dostrzec potrafię! Niestety podaż takich relacji jest nad wyraz skąpa, stąd  i pochwał jak na lekarstwo. Jeden dzień niech ten tekst tu powisi – ci trzej komentatorzy w pełni na to zasługują.
Jutro już będzie normalnie!

niedziela, 16 października 2011

Czy Canal+Sport zatrudni stewardessy?

W GW. relacja z finału siatkarskich klubowych mistrzostw świata ukazała się pod tytułem Włosi za silni dla Jastrzębskiego Węgla. Wygrało Trentino Diatec Trento po raz trzeci z rzędu. Tylko czy to jest włoska drużyna? Zaglądam na stronę główną klubu. Sponsorów tytułowych ma 4., złotych sponsorów 7., technicznych 4. Poza tym wspierających (Oficial Supplier) 9., przyjaznych mediów (Media Partner)  3. I jeszcze, drobiazg, sponsorów (takich zwykłych, bo bez przymiotnika) jest 34! Tak, to nie pomyłka.
Powyższe „konsorcjum” kupiło najlepszych na świecie siatkarzy i utworzyło z nich drużynę. W podstawowym składzie występują Djurić – Bośnia i Hercegowina*,  Raphael – Brazylia, Kazijski – Bułgaria, Juantorena – Kuba, Stokr – Czechy; skład uzupełniają dwaj Włosi. Trenerem jest Radostin Stojczew – Bułgaria.
Jak widać, pod każdym względem  jest to Reprezentacja Świata i to pierwsza!
*
Sport ma sens wtedy, kiedy przystępują do rywalizacji w miarę równorzędni rywale i staczają pojedynek, którego finał jest niewiadomą. Przypadek tu opisywany temu przeczy. Bo niby z kim miałaby rywalizować ta drużyna. Nikt z nią nie ma szans. Ewentualnym konkurentom wykupiono przecież najlepszych! Dlatego partnera dla Trentino należałoby szukać raczej we wszechświecie. Powinna rywalizować z reprezentacją  jakiejś drugiej planety, gdzie żyją ludzie.  Tylko, póki co, nie wiadomo czy taka istnieje.
Zauważyć też warto, że w sporcie przestają obowiązywać kryteria terytorialne i narodowościowe. Przecież choćby piłkarska Wisła Kraków to reprezentacja naszego globu – z tym, że „enta”. Nawet drużyny narodowe bywają już międzynarodowe. Przykład najbliższy – reprezentacja Polski! Nawiasem mówiąc nie wiadomo nawet jaki język będzie tu obowiązywał w szatni, skoro trener najlepiej ponoć mówi po niemiecku.
Wracając do kryteriów. Podstawowym staje się naturalnie pieniądz. Kto kupi najlepszych ten ma największe szanse. Z tym, że przypadek siatkarski pokazuje, że trzeba chyba przedefiniować pojęcie sportu. Bo skoro z góry będzie wiadomo kto wygra, to pozostanie jedynie obserwować jak bardzo ten słabszy zwycięzcy zagrozi!
*
Przed każdym meczem Premier League komentowanym przez Andrzeja Twarowskiego z (najczęściej) Rafałem Nahornym jesteśmy proszeni przez A.T. abyśmy zapięli pasy, usiedli wygodnie w fotelach… itd. Jednym słowem mamy być pasażerami wirtualnego statku powietrznego, którego załogę stanowią naturalnie obaj komentatorzy. Z tym, że funkcja kapitana samolotu jest naturalnie przypisana I. pilotowi Twarowskiemu. Ale załoga w tym składzie jest jednak niepełna – nie ma tu bowiem ani jednej stewardessy. A szkoda. Bo ja np. poprosiłbym ją, aby przekazała pierwszemu pilotowi, żeby nie wydzierał się jak dzikus za każdym razem, gdy przelatujemy koło jakiejś sytuacji podbramkowej.

* W innym miejscu podano, że urodził się w Serbii, a ma obywatelstwo greckie.

sobota, 15 października 2011

Grzecznie proszę: przymknijcie te niewyparzone, rozpasane gęby!

Eurosport, skrót meczu Dania–Portugalia (2:0), komentuje Edward Durda.  W 30  min słyszymy takie durdymały: …Duńczycy zremisowali ponadto z Norwegią na wyjeździe jeden do jednego, później pokonali Norwegów dwa do zera, no a ostatnio zwycięstwo z Cyprem cztery do jednego w spotkaniu wyjazdowym. Duńczycy to, przypominam, mistrzowie Europy z roku dziewięćdziesiątego drugiego, nie grali w mistrzostwach Europy w dwa tysiące ósmym roku, teraz mają szanse powrócić do elity starego kontynentu. Nie grali także na mistrzostwach świata w roku dwa tysiące szóstym, ale przed rokiem wystąpili na turnieju w RPA.
To zostało odczytane w czasie, gdy na boisku zaatakowali Portugalczycy, stwarzając bardzo groźną sytuację pod bramka rywali. Zaraz po tym Duńczycy przeprowadzili szybki kontratak, strzelali niebezpiecznie na bramkę i w efekcie wywalczyli rzut rożny. Zanim został wykonany, realizator pokazał powtórkę poprzedniej akcji Duńczyków, następnie wykonanie rzutu wolnego i jego powtórkę.
Te fakty zostały przez komentatora całkowicie zignorowane. Nie padło ani jedno nazwisko, kto  do kogo podawał, kto strzelił, kto mu przeszkadzał, jednym słowem zero zainteresowania tym, co na ekranie – ważniejsze było to, że 9 lat temu Dania zdobyła ME! To był tylko przykład, naturalnie – jeden z wszechobecnych. Bowiem Durdę boiskowe wydarzenia interesują minimalnie, woli chwalić się, że umie czytać. A przecież skróty to wybrane z całego meczu najważniejsze, najbardziej emocjonujące, najciekawsze wydarzenia, sama esencja dramaturgii i widowiskowości, dla telewidza atrakcyjne szczególnie, istny rarytas! Niestety brutalnie i bezceremonialnie przegadywane, więc kaleczone przez prawie wszystkich komentatorów. Durda w Eurosporcie nie jest wyjątkiem, Tomasz Lach knoci porównywalnie. Z innych stacji zdecydowanie „wyróżnia się” Piotr Laboga z Canal+Sport. To paskudziarz chyba najbardziej dolegliwy. A, o ironio, to on najczęściej dokonuje resumé wspaniałej ligi hiszpańskiej. I ma wtedy do powiedzenia jeszcze więcej, niż poprzednik – wprost leją się z niego potoki i fontanny informacji i uwag całkowicie niepotrzebnych. Takie werbalne fekalia świnią przekaz szczególnie dotkliwie. 
Na koniec tej sekwencji pytanie? Do kogo? powtarzam do kogo? są kierowane te wszystkie informacje-śmieci, informaje-trupy, po jasna cholerę ci barbarzyńcy medialni je reanimują! Niepojęty brak inteligencji i wyobraźni. Nie klektajcie bezmyślnie dziobami, to są w tym kontekście informacje niepotrzebne nikomu do niczego. Dlatego: Patrz: tytuł!
*
W tej samej stacji mecz Dania–Portugalia (2:0)  komentowali: Marcin Feddek i Arkadiusz Onyszko.
Garść danych statystycznych z I. połowy tego meczu.
W ciągu 45 min (+2) wygłosili łącznie 108 (słownie: sto osiem) komentarzy. W tej liczbie pominąłem relacje bieżące (kto do kogo podał, kto strzelił itp.). Te 108 to były uwagi dotyczące meczu, zawodników i ich życiorysów, statystyk wszelakich (najstarsza sięgała 1966 roku), historii światowego futbolu, a także wspomnień osobistych Onyszki z pobytu w Danii i ze stadionu Legii w Warszawie, gdzie był na takim meczu, w którym Wawrzyniak się poślizgnął (ujawnił dodatkowo, że siedział wtedy na trybunach – niegłupi spryciarz!).
Wracając do statystyk: na jedną  minutę meczu przypadały dwa komentarze, nie dotyczące, jak wspomniałem, aktualnie rozgrywanej akcji. Czyli boiskowe wydarzenia utonęły w powodzi słów. Dlatego: Patrz: tytuł!
*
Ekstraklasa SA* (Lech–Korona 1:0 (Canal+Sport).  Komentowali: Tomasz Smokowski i Maciej Murawski.
Cytat z relacji:
T.S.: Wiesz co, już jednego takiego gola w tym sezonie na Legii, Legia grała, nie wiem czy z Podbeskidziem i to Podbeskidzie strzeliło tam w Warszawie. W każdym razie Legia tak straciła, tak straciła… chyba z Górnikiem Zabrze…
M.M.: Na pewno nie z Podbeskidziem.
T.S.: …tak, tak… z Górnikiem Zabrze. Wbiegający zawodnik…
M.M.: Zachorski
T.S.: …tak, tak… Zachorski.
Zabrakło tylko zwieńczenia:
T.S.: To polej Muraś.
M.M.: Już sypię Tomuś.
T.S.: Zagryź Muraś.
M.M.: Za chwileczkę, bo muszę iść odcedzić kartofelki, a Ty w międzyczasie ciapnij tego ogóreczka przez środek.
Ale i takiego dialogu możemy się także doczekać – i nie jest to wcale takie nierealne. Jak im się zachce przepłukać gardziel, zrobią to bez wahania i obaw, zwłaszcza, że obaj mówią bodaj więcej, niż Feddek z Onyszką. A poza tym – w końcu dwaj kolesie są u siebie i nikt im nie podskoczy – mogą mówić i robić co chcą – bez żadnych konsekwencji. Dlatego: Patrz: tytuł!

* To mogłaby być encyklopedyczna definicja słowa ściema.

poniedziałek, 10 października 2011

Gdzie żerują niektóre orły

Karol Stopa komentuje tenis w Eurosporcie. I chociaż to niewątpliwie erudyta i encyklopedysta tej dyscypliny, mogący o niej opowiadać godzinami, to jednak jest przede wszystkim telewizyjnym tenisa nauczycielem – szczególnym dodajmy. Jego komentarz jest bowiem kierowany zawsze do telewidzów o wiedzy jedynie elementarnej. Każda jego relacja to jedna jednostka lekcyjna, zawsze taka sama. Pan Karol uczy starannie, jest cierpliwy i wyrozumiały nawet dla najbardziej roztargnionych i rozkojarzonych widzów-pierwszoklasistów – poszczególne frazy np. powtarza kilkakrotnie. Jak wiadomo synonimy to wyrazy jednoznaczne albo bliskoznaczne. Komentator Stopa zaś biegle operuje synonimami-zdaniami, dość często bowiem tę samą myśl rozbudowuje do trzech albo czterech opasłych zdań. Żeby do dzieciaków dotarło!
Naturalnie dla zaawansowanych i często oglądających tenisowe relacje osób pełnoletnich, taka „łopatologia” bywa dość uciążliwa. Dlatego komentator w niektórych domach bywa zapewne „częstowany” epitetami w rodzaju: tłumaczy, jak chłop krowie na miedzy, albo chłopski filozof. Ale szczęśliwie one do niego nie docierają i dlatego – niezrażony – kagankiem tenisowej oświaty mózgi oświeca. I jeszcze jedno: sposób przekazu ojca Karola przypomina mini-kazania natchnionego kaznodziei a mentorski ton, liczne mocne akcentowanie poszczególnych wyrazów i słownych ciągów sprawia wrażenie, że słuchacz uczestniczy w jakimś religijnym misterium, gdzie komentarz się odprawia. Amen.
Mnie osobiście trudno byłoby jednak pana Karola potępiać – bo to u niego m.in. pobierałem pierwsze i jedyne w życiu telewizyjne lekcje tenisa. Wiem także, że każdą nową relację ogląda pewien procent ludzi jeszcze tenisowo „zielonych”, zatem pan Stopa wciąż ma nowych uczniów, ergo: pozostaje niezmiennie wielce użytecznym. A już przez niego nauczeni mają tę korzyść że, choć nic nowego nie usłyszą, to nabytą wiedzę sobie utrwalą.
Agnieszka Radwańska (gratulacje za Tokio i Pekin zwłaszcza) zmieniła się nie do poznania. Imponuje zarówno skutecznością swej gry, jak i zachowaniem na korcie. Zniknął „rozkapryszony bachor”, pojawiła się dojrzała,  tenisistka i… pasmo sukcesów. W polemice z Jakubem Ciastoniem, GW pisałem niedawno, kiedy „dołowała”, że jej trzeba pomóc, że powinien pojawić się człowiek, którego tenisowy autorytet byłby dla niej niepodważalny, który by ją wspomógł psychicznie, przywrócił spokój na korcie. I znalazł się taki: Tomasz Wiktorowski („wypożyczony" z Polskiego Związku Tenisowego na prośbę tenisistki). Szkoda, że pan Radwański dezawuuje jego pozytywny wpływ na grę córki nieeleganckimi i niemądrymi sugestiami. Wygląda na to, że ciągle trudno mu pogodzić się z faktem, że uczeń przerósł nauczyciela (wielce zasłużonego zresztą) i to już znacznie! Otóż tej oczywistej prawdy nie był w stanie napisać bardzo dobry skądinąd dziennikarz Wyborczej, choć oczywiście o tym wiedział lepiej ode mnie, bo on akurat na tenisie się zna. Obraził natomiast Radwańską pisząc, że nie chce sobie pomóc, że sama nie wie czego chce itp. Jej „przywalił" – niepochlebnie napisać o jej ojcu nie był w stanie! Moim zdaniem dziennikarz tak powinien sobie budować relacje (zwłaszcza towarzyskie) w sportowym środowisku, żeby móc pisać o nim suwerennie. Bo inaczej deprecjonuje swój wizerunek – nie tylko zawodowy.
*
W poprzednim, niedzielnym programie z błędem Cafe Futbol (powinno być Café) Mateusz Borek zaprosił do studio bramkarza, homofoba i damskiego boksera w jednym – Arkadiusza Onyszkę. Ten przyszedł odziany w różową marynarkę. I dostało mu się od prowadzącego! Borek nazwał go różową panterą* i dworował sobie z gościa w najlepsze – poleciały liczne kpinki i podśmiech…ki. Elegancki pan Mateusz ubogacał także żarciki ironicznym półuśmieszkiem pogodnego ćwierćinteligenta. Arkadiusz Onyszko nie wniósł do Café nic, zaproszono go tam zupełnie niepotrzebnie. Ale skoro już… to w programie „na żywo” naśmiewanie się z jego ubioru jest wysoce nistosowne!
W Weselu Wyspiańskiego pada fraza ...nie polezie orzeł w gówna. Może i nie polezie, ale w niektórych programach telewizyjne „orły" często ochoczo tam latają.

* Żeby chociaż wpadł na pomysł nazwania jego marynarki różową panterką, byłby w tym badziewiu choćby ślad dowcipu.

wtorek, 4 października 2011

Jak się Laskowski ze starą prawdą zmagał

Canal+Sport. Premier League Bolton–Chelsea (1:5). Komentowali: Jacek Laskowski i Rafał Ulatowski (trener „na bezrobociu”, dorabia więc „komentatorką”).
Cytat z Laskowskiego: Ta akcja potwierdziła starą piłkarską prawdę: odbierzesz piłkę 60 metrów od bramki to masz do tej bramki 60 metrów, odbierzesz 40 metrów to masz 40, a jak odbierzesz 20 to już masz bardzo blisko. Szkoda, że pan Jacek nie sprecyzował jak daleko od bramki znajdzie się zawodnik, który odbierze piłkę w odległości 10 metrów od tej bramki.
Natomiast atrybuty piłkarskiego obrońcy wyłuszczył jasno trener Rafał. Powiedział mianowicie, że obok licznych umiejętności musi on także umieć trzymać przeciwnika za koszulkę zgodnie z przepisami. Na takim mniej więcej poziomie stała cała relacja obu panów. Panie Ulatowski prezesi polskich klubów oglądają ligę angielską, więc słyszą co pan mówi. Obawiam się, że kontynuując pracę z mikrofonem może pan bezrobotnym trenerem pozostać na dłużej. A może warto?
*
W tejże stacji mecz Ekstraklasy SA Korona–Górnik (2:0) komentowali Rafał Dębiński, Mirosław Szymkowiak i Krzysztof Przytuła.
Kiedy Szymkowiak debiutował był stonowany i rzeczowy. Obecnie to prawdziwy rutyniarz. Mówi dużo więcej i częściej. Czyli, jak zazwyczaj w takich przypadkach, więcej niż potrzeba i rzadziej sensownie. Nieco inaczej dołuje Przytuła. Poprzednio pracował on jako siedzący w studio, w tym zaś meczu „robił” na piechotę z płyty boiska. Skąd ten regres, nie wiadomo. Jeśli chciano mu coś dać do zrozumienia, to aluzji nie odczytał. Następny test z trybun? Oby.
Dębiński koordynował całość, zatem – koncepcji zero, wszechobecny chaos, prostackie gadulstwo. Reasumując: koncert trzech zupełnie niezgranych tenorów, z których każdy głównie fałszował.
Raz jednak dał głos także czwarty, raczej dyszkant, którego nazwiska nie pamiętam. Otóż on ujawnił, że w przerwie meczu poszedł pod drzwi szatni Górnika, żeby podsłuchać, jak trener Nawałka opier…. swoich piłkarzy – a powinien, bo przegrywali już 0:2 i mocne słowo należało się, jak najbardziej! Przystawił ucho do drzwi… i nic nie usłyszał. Zapytał więc ochroniarza, czy szatnie nie są przypadkiem pomieszczeniami dźwiękoszczelnymi. Okazało się, że nie. Doszedł więc do wniosku, że trener nawet jeśli sztorcował, to po cichu. Dowiedzieć się co trener mówił w szatni to dla komentatorów odwieczne marzenie, pragnienie, odczuwany bezustannie popęd, wciąż niespełnione pożądanie. I to chyba tkwi w ich naturze. Jest takie francuskie powiedzenie: chassez le naturel, il revient au galop*. No właśnie, może te niemądre słowotoki, które słyszymy w czasie każdego prawie meczu to próba swoistej samoobrony, przed powracającą cwałem, bo ciągle niezaspokojoną garderobianą ciekawością?
Wróćmy na zakończenie do starej prawdy Laskowskiego by ją nieco zmodyfikować. Otóż zaczyna się eksponować i formułować nieco młodsza, ale już całkiem dorosła prawda: kto straci zdrowy rozsądek komentując piłkarskie wydarzenia, ten nie odzyska go ani za 10, ani za 20, ani za 40, ani – tym bardziej – za 60 lat.

PS.: Pana Laskowskiego już raz oduczyłem nieznośnej maniery przeciągania samogłosek (zwłaszcza przy nazwiskach, np.: Lampaaaaart, Drogbaaaaa itp.). Słyszę, że powoli narasta recydywa. Jak się okazuje niektórzy bez kontroli wnet rączo kłusują na manowce. Sygnalizuję więc problem. I znowu  wyręczyłem dyrektora Okieńczyca, korygując jego podwladnego. Ciekawe czy doczekam się kiedyś podziękowania innego, niż tradycyjne już wiązanki?

* Odpędzajcie popęd wrodzony, a wróci cwałem.

Obserwatorzy

O mnie

Warszawa, Poland
Kibic sportowy