piątek, 25 marca 2011

Orzeł i weszka

Adam Małysz w wywiadzie dla PS: Dlaczego prezes Jarosław Kaczyński nie składa kwiatków w Krakowie, a w Warszawie pod bramą pałacu? Dla mnie to jest śmieszne, bo przecież jego brat i bratowa leżą na Wawelu. Prezes odpowiedział mu w warszawskim warzywniaku, gdzie dokonując zakupów postanowił wykazać, że rząd Tuska nie panuje nad cenami kartofli. Nawiasem mówiąc, Die Tageszeitung napisałby pewnie, że Jarosław Kaczyński znalazł się wreszcie w swoim naturalnym środowisku. Wracajmy jednak do krążącego wśród ziemniaków. Otóż komentując wypowiedź pana Adama Prezes stwierdził: Małysz jest autorytetem skoków na nartach, a nie w polityce.
Komentarz jest taki. Gdyby Prezes składał kwiaty na Wawelu to czciłby pamięć tragicznie zmarłego brata, gdy natomiast czyni to przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, to oznacza przed wszystkim, że tę rodzinną tragedię wykorzystuje propagandowo – to po pierwsze. Po drugie: Kaczyński nie uprawia żadnej polityki. Aż taka odrażająca to ona, mimo wszystko, nie jest. On od lat publicznie praktykuje jedynie cynizm i podłość. A po trzecie: Adam Małysz złośliwościami Kaczyńskiego przejmować się nie powinien, ponieważ rzeczywiście na skokach się zna. I dlatego wie doskonale, gdzie tamten może mu skoczyć…

środa, 23 marca 2011

„Trochę kultury nie zaszkodzi”

jak powiedział gospodarz naszego bloku, czytając instrukcję użycia trutki na szczury.

Ponieważ w tym tygodniu  brak spektakularnych wydarzeń sportowych postanowiłem wprowadzić do blogu akcenty kulturalne. Zachęcił mnie do tego tomik  Wisławy Szymborskiej Rymowanki dla dużych dzieci. Wydawnictwo a5, Kraków 2003 r. Składają się nań krótkie, żartobliwe wierszyki, rzec by można – poetyckie okruchy.
Autorka pisze np. W pewnej podmiejskiej gospodzie podano mi kartę, w której przy pozycji „flaki” ktoś dopisał drżącą ręką:  „okropne”. Pomyślałam, że…  trzeba następnych gości jakoś … ostrzec. Krótki wierszyk… najlepiej się do tego nadaje.
Tak powstały Lepieje. Zacytuję kilka.
Lepiej złamać obie nogi, niż miejscowe zjeść pierogi.
Lepiej w głowę dostać drągiem, niż się tutaj raczyć pstrągiem.
Lepiej nająć się na hycla, niż napocząć tego sznycla.
Lepsze zębów wypadanie, niż warzywne tutaj danie.

A potem z akcentem prorodzinnym.
Lepsza w domu świekra z zezem, niż tu jajko z majonezem.
Lepszy kuzyn z wodogłowiem, niż tu móżdżek, że tak powiem.
Lepsza ciotka striptizerka, niż podane tu żeberka.
Lepszy głód w więziennym lochu, niż firmowe purée z grochu.
Może niektóre warto zapamiętać, by w potrzebie  zacytować kelnerowi.
Następnie Autorka zauważa, że oprócz  Od wódki rozum krótki i Od piwa głowa się kiwa mało jest przysłów o alkoholach. I temat wzbogaca.
Od samogonu utrata pionu. ● Od żytniówki dzieci półgłówki.
Od whisky iloraz niski. ● Od Martini potencja mini.
Od węgrzyna dziwna uryna. ● Od xeresu bieg do sedesu.

Na końcu tomiku pozostawione są dwie puste strony z adnotacją na górze:
[Miejsce na Pani/Pana/Twoje rymowanki]

Dla każdego grafomana to impuls nie do powstrzymania – z zaproszenia zatem chętnie skorzystałem. Na początku uhonorowałem kilku polityków – na uwiecznienie w literaturze tak wysokiego lotu zasługuje, naturalnie, także wielu innych .
Lepiej chemią walczyć z rakiem, niż „na zdrowie” pić z Błaszczakiem
Milszy oku wygląd osła, niż w „okienku” K. Jarosław
Nawet nóż najbardziej tępy – brzytwą jest przy móżdżku Kempy
Łatwiej przeżyć uścisk kobry, niż oracje posła Ziobry
Lepiej pieścić owce grube, niż spółkować z poseł Wróbel

A dalej już „samo poleciało”. Ale w kontekście sportowym. Moje rymowanki mają cechę wspólną – jest nią nazwisko. Dziś dwuwiersze – że tak bezczelnie powiem – inspirowane snookerem i skokami narciarskimi.
Gdy pan Przemek* Cię  pouczy, to już wiesz – nie musisz
 kl(r)uczyć
– Po tylu pudłach, Selby – nikt Cię nie będzie wielbił!
W formie – tak na trzy czwarte – jest dziś Alister Carter
Rzekł Dott do siebie: Dott-cie dziś sadzisz knot po knott-cie!
Spudłował tak Maguire, że niesmak wprost zostaje
Odstawia dziś się Henry ze skutkiem raczej miernym
Przy trudnym wbiciu Ebdon, stękając głośno pierd…
Jak kac, co męczy z rana, są miny Sullivana
Szkło inne przyniesie ktoś niech tu:
bo whisky zwykł pijać pan Jewtuch*
 
* Przemek Kruk, osoba polimorficzna – druga jego postać to Rafał Jewtuch.
Obaj to jedni z najlepszych komentatorów telewizyjnych.

Teraz dwuwierszyki-erotyki o skoczkach narciarskich.
Aleś piękną jest kobitą – tak jej Daiki szeptał Ito
Będę kochał cię na wieki – kłamał Maati Hautamaeki
Nóziek ślićne maź konturi – Kalle pieścił ją Keituri
Wciąż przy Tobie czuję prąd. – Gdzie szczególnie? – Milczał Freund
Ty ośmielaj mnie, a nie pesz – prosił panią Jurij Tepes
Aleś nabrzmiał się zdziwiła. – Mam to często, bom Piotr Żyła
Krótko – rzekła – i klops z notą.  Smutny wracał Tochimoto
Wielbię Cię od stóp do plec – tak uwodził Peter Prevc
– Chcę przelecieć Cię raz-dwa. – spieszył Descombes się Sevoie*
Tyś jak szprotka, wonna, słodka – piep…ł  głupstwa Olli Moutka
Nad Twą bulą bym pohulał – szczerze wyznał Stefan Hula

* Wym. Vęsą Dekąb Sewła. Vincent z powodu pośpiechu Dekąba polecial wcześniej i dlatego w dwuwierszu się nie „załapał”.
*
I, na koniec, o trudnej współpracy każdego trenera z właścicielem Polonii Warszawa Józefem Wojciechowskim
Łatwiej fallusem rów kopać na szańce,
niż team budować z tym „Budowlańcem”
To, jak to mówią, pożartowaliśmy sobie, ale już następnym razem będzie na poważnie. Chociaż, czy to wiadomo…

poniedziałek, 21 marca 2011

La Liga w pogańskim kontekście

W Canal+Sport mecz Chelsea–Manchester City (2:0). Po raz pierwszy Premier League komentował Kazimierz Węgrzyn*. I nie zawiódł. Zasadnie wytykał piłkarzom, że byli pasywni, nie zaskakiwali odbieraniem piłki na połowie przeciwnika, skąpili podań szarżującym „na obieg” obrońcom, wreszcie gry nie rozciągali., czyli za mało grali bokami. A jak się nie gra bokami, to „bokami robi” cała gra ofensywna – co skutkuje (brzmi prawie jak erotyk!) brakiem nie tylko bramek, ale nawet sytuacji do zdobycia goli dogodnych. Reasumując: okazało się, że czołowe drużyny angielskiej Premier League popełniają podobne błędy, co kopacze polskiej Ekstraklasy SA. Zauważyć to już w debiucie – przenikliwe. Gwoli rzetelności trzeba dodać, że – z relacji to wynikało – jeden element obie ligi jednak różni. Otóż Pan Kazimierz orędownik wszelakiego rozpychania, potrącenia, przesuwania, przetykania, przepychania – tylko raz albo dwa zdenerwował się, że tamtejsi gracze nie dość energicznie przepychali – u krajowych przepchnięcia felerne zauważa jednak znacznie częściej. Może u nas któryś klub zatrudni jakiegoś psychologa-hydraulika?
W relacji komentator zauważył jeszcze, że Brazylijczyk Ramirez (Chelsea) chociaż skrzydłowym nie jest, to na prawym skrzydle  radzi sobie dobrze. Tyle tylko, że on nie gra na skrzydle. On porusza się po prawej stronie środkowej formacji. Stanowi ją – złożony z poruszających się blisko siebie, trzech albo czterech piłkarzy – blok, który przesuwa się po płycie boiska w zależności od potrzeb. Ramirez kontroluje strefę od prawej linii bocznej do mniej więcej środka boiska. To jego zadanie w owym bloku; po przeciwnej stronie czyni to Malouda. Trener Ancelotii ostatniego typowego skrzydłowego  (Joe Cole) sprzedał do Liverpoolu, a akcje wzdłuż linii bocznej powierza bocznym obrońcom.  Taki jego system grania. No, ale tego Kazimierz Węgrzyn nie mógł jeszcze dostrzec – przecież w roli komentatora Premier League dopiero debiutował. Ale – jak to mówią – pierwsze knoty za płoty!

* W żartobliwym życiorysie sportowym Kazimierza Węgrzyna (kilka wpisów temu) pominąłem jeden istotny element. Jako obrońca strzelał on sporo bramek. (361 meczy w ekstraklasie i 35 goli). A ile strzelili jego koledzy, których nie dopilnował przeciwnik, bo pod swoją bramką nad panem Kazimierzem szczególną kuratelę roztaczać musiał? Tego nie dowiemy się nigdy. Zaniechałem, pominąłem, więc naprawiam.
 Szacuneczek, kanonierze!

Yayeczka czepliwe
Hiszpania to piękny kraj a jego pogańskie obyczaje są urody wprost przecudnej. Na przykład corrida. Urzekający, krwisto barwny spektakl, w którym człowiek objawia swe bohaterskie męstwo stając do nierównej walki z ogromnym bykiem. I choć śmiałków jest kilku wydaje się, że nie mają szans. Jednak zgodnie współpracując, z uporczywą konsekwencję, dzięki swej inteligencji i sprytowi, kropla po kropli upuszczają bestii krwi, a gdy osłabiona upadnie najważniejszy z nich – matador – wieńczy dzieło, przeszywając zwierzę finezyjnym pchnięciem szpady. Więc jednak go zamordował – zauważy ktoś. Milcz prostaku! – powiedzmy za poetą. Użył sztyletu, by skrócić mu męki – działał litościwie, humanitarnie. Potem aplauz wiwatującej widowni – tłumy wielbią bohaterskich czempionów. Wielki triumf homo sapiens!
W meczu La Liga (Valencia–Sewilla 0:1) komentatorzy (Jacek Laskowski i Leszek Orłowski) opowiedzieli o innej pogańskiej fieście hiszpańskiej proweniencji. Chodzi o Święto Ognia – karnawał celebrowany w Walencji od XVI w. Z papieru, kartonu, sznurków, klejów, wosku, kordonku, wstążek, listew, uszczelek, pewnie także plastiku i innych tworzyw – krótko mówiąc z makulatury i każdego innego dostępnego szmelcu i kompostu, konstruowane są kukły znanych ludzi, polityków,  aktorów, telewizyjnych „gwiazd” – słowem celebrytów rozmaitych. Następnie te zamontowane na ulicach stwory i maszkary są przedmiotem podziwu zgromadzonego tam, procesją napędzanego tłumu. W kulminacji następuje gremialne tych paskud spalenie. Po sfajczeniu odbywa się pokaz sztucznych ogni, które euforycznie podziwiał Jacek Laskowski.
Jakże godny to kultywowania obyczaj: spalenie kukły nielubianego polityka – pobudza świadomość i rozwija intelekt, skutecznie łagodzi obyczaje (autentyczny przecież nie ucierpiał!), a w kulminacji smród spalenizny i gigantyczne chmury duszącego, gęstego dymu – to nie tylko ozdrowieńcze zjawisko dla atmosfery i czystości powietrza, lecz także wzbogacenie płuc regeneracyjnym tchnieniem. Trzeba jednak przyznać, że mimo świątecznego nastroju, wielbiciele Świętego Ognia z Canal+Sport jedynego w meczu gola zauważyli. Może dlatego, że telewizja nie potrafi jeszcze przesłać ani dymu ani zapachu spalenizny – warto  także zauważyć, że mecz odbył się dzień po uroczystościach.
Jedni byki zabijają, drudzy ich za to wielbią. Inni zachowują się tak, jakby z byka spadli i uszkodzeni pędzą na Święto Ognia, odetchnąć świeżym powietrzem. Kolejni wreszcie podziwiają to oddaleni o tysiące kilometrów.
A może warto zająć się relacją, zamiast podziwiać pogan odpalających race. 

sobota, 19 marca 2011

Wzleciał Mały(sz) – ląduje Olbrzym(sz)


Zmartwiła mnie trochę wiadomość, że Adam Małysz kończy karierę. Miałem nadzieję, że po tak udanym sezonie zechce jeszcze poskakać. Jednak wysłuchawszy kilku z nim wywiadów decyzję pana Adaśko (jak nazywa go moja żona) uznałem za w pełni uzasadnioną. Po pierwsze w tym wieku (34) utrzymywanie się na topie – miejsca poniżej 10-tki w grę nie wchodzą – wymaga pracy katorżniczej, w dodatku bez gwarancji powodzenia. Po drugie obserwowanie powolnej sportowej agonii tak wybitnego sportowca, zwłaszcza rodaka, to czynność wielce niekomfortowa dla obu stron. Bardzo przeciętne starty długowiecznych Japończyków tylko tę opinię potwierdzają. A upadek 39-letniego Kasai w kwalifikacjach w Planicy udowadnia, że może to być także niebezpieczne dla zdrowia – skończyło się na szczęście tylko potłuczeniami.
*
Jak można zdefiniować talent? Np. przyjąć, że składa się z dwóch czynników: predyspozycji, czyli unikalnej, wrodzonej umiejętności w jakiejś dziedzinie i poświęcenia, czyli zdolność całkowitego podporządkowania swego życia (u sportowca tylko jego części) na pielęgnowanie i rozwijanie owych fenomenalnych zdolności. Pełną symbiozę obu tych elementów kariera Adama Małysza znakomicie ilustruje.
*
Los nadzwyczajnymi umiejętnościami obdarza niewielu. W dodatku są oni nie tylko szczęściarzami unikalnymi: niezwykły ten skarb otrzymują też za darmo. Czy tak obdarowani mają wobec kogokolwiek jakiś, choćby moralny, dług do spłacenia? – oczywiście nie. Ale sportowcy, mogą zrobić coś, co taką rekompensatą będzie: szanując talent, zadziwiając klasą na światowych arenach dadzą nam, skazanym na przeciętność „szaraczkom”, możność kibicowania i wspólnego przeżywania tych sukcesów. Dzięki Adamowi Małyszowi i jego zwycięstwom taką satysfakcję przez wiele lat mieliśmy. Za to dziękujemy!
Żegnaj Adaśko. Strasznie nam smutno!

środa, 16 marca 2011

Autocenzura

Piszę krytycznie o innych. Przyszedł czas, że muszę o sobie. Wygłupiłem się – poprzedni wpis był żałosny ((już go usunąłem). Czytelników, ze szczególnym uwzględnieniem panów Rafała Jewtucha i Przemka Kruka za umieszczenie ich nazwisk w tym godnym ubolewania kontekście bardzo przepraszam. 
Z tamtego tekstu chciałbym zachować tylko jego początkowy akapit. 

Przebywanie z Rafałem Jewtuchem i Przemkiem Krukiem to autentyczna satysfakcja. Ostatnio komentowali snookerowy, pokazowy turniej w Chinach (wygrał John Higgins). Czynili to lekko, łatwo, przyjemnie i profesjonalnie. Recenzja zawierająca aż cztery takie przysłówki to w tym blogu rzadkość. Ale się zdarza – i dobrze. Na tym kończę, bo ta dwuosobowa, renomowana firma nadmiernej reklamy nie wymaga.

poniedziałek, 14 marca 2011

Jak Józef członkiem zwalniał

Właściciel Polonii Józef Wojciechowski ujawnił, że 15-tego (w ciągu 5 lat) trenera zwolnił de facto członek Rady Nadzorczej klubu Jerzy Klockowski. Bo gdy prezes Józef zapytał go co zrobiłby z Holendrami (pracującymi w sztabie drużyny) członek Jerzy odparł, że pożegnałby się z nimi. To ich zwolnię – zdecydował boss. Pan Klockowski wiedział, co mówi. Inna odpowiedź mogłaby spowodować zwolnienie jeszcze jednej osoby. Panu Jerzemu z pewnością znanej. A tak członek Klockowski testu nie oblał, gapa nie jest i w Radzie zasiadanie kontynuować może, jak najbardziej.
*
Ciekawe co o działalności właściciela sądzą zawodnicy Polonii. Dla niektórych przynajmniej sytuacja może nie być wcale komfortowa. Tosik, Jodłowiec, Sadlok, Mierzejewski, Sobiech to zawodnicy na dorobku. Marzy im się zapewne przejście w przyszłości do lepszej ligi, znanego klubu, super zarobki – kariera jednym słowem. Do tego jednak konieczne jest podniesienie sportowego poziomu, rozwój, zbieranie doświadczeń poprzez grę o wysoką stawkę w rozgrywkach krajowych – docelowo międzynarodowych. A jak czynić postęp w tej atmosferze wiecznej nerwowości, trenerskiej karuzeli owocującej brakiem szkoleniowej stabilizacji, medialnymi popisami prezesa, nie tylko samobójczo podważającymi publicznie kwalifikacje ludzi ze sztabu szkoleniowego – i, w następstwie, ich autorytet w zespole – lecz także narażające zawodników na środowiskowe kpinki i ironiczne komentarze. Zwłaszcza że – co w tej sytuacji nie dziwi – drużyna w tabeli dołuje. W takim paskudnym anturażu na dłuższą metę wytrzymać nie sposób. Wielu zawodników ma pewnie tego serdecznie dość i chciałoby odejść. Lecz wiążą ich kontrakty – niektórych bardzo wysokie – inni są przepłaceni i do sprzedaży trudni. Wyjście – z ich punktu widzenia – choć ryzykowne, wydaje się tylko jedno. Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby klamka już zapadła i grupa czołowych graczy postanowiła doprowadzić do degradacji Polonii z Ekstraklasy, licząc na to, że rozwścieczony właściciel rozpocząłby wyprzedaż zawodników, wycofując się z interesu. Wtedy łatwiej można zmienić klub bez kontraktowych komplikacji – i, jak to przy wyprzedaży – ceny nieco spadną. Być może są to głupawe rozważania, bo klub się jeszcze podźwignie. Chciałbym tego, gdyż Polonii źle nie życzę, Ale gdy na rancho z Konwiktorskiej trwa nieustanne rodeo szalonego Józefa wszystko jest, niestety, możliwe.
*
Wspomniany wyżej członek Klockowski nominował do odstrzału tylko Holendrów. Prezes zwolnił jednak także trenera Kaczmarka. Dziwne. Bo ten to przecież Polak, popularny Bobo, a nie żaden tam obcy Van. Vanom mówimy won, ale dlaczego poleciał i on?
To może być początkiem ciekawego scenariusza. Ostatnio pracowało w klubie trzech trenerów: Bos, Kaczmarek i Stokowiec. Teraz został tylko ten ostatni. A co będzie, gdy Polonia przegra następny mecz? Prezesowi pozostanie wyjście awaryjne: jako jedynemu fachmanowi w klubie samemu przejąć zespół. Uprawnienia dostanie bez kłopotów, z urzędu niejako. Rekomendacja znakomita – przez 6 lat do fachu przyuczało go przecież piętnastu (15) znanych trenerów! I nie ma powodu spekulować co zrobiłby trener Józef,  gdyby pod jego wodzą drużyna dalej nie wygrywała. Po prostu zapytałby o to Jerzego Klockowskiego. Osobiście chciałbym widzieć minę tego członka, gdy zastanawia się nad odpowiedzią!

niedziela, 13 marca 2011

Nie paskudź anteny!

Motto
Aktor Krzysztof Kowalewski opowiadał taką anegdotę. Wchodzi mężczyzna do kawiarni. Z jej wnętrza uderza go w nozdrza niemiłosiernym wręcz odór. Lokal jest prawie pusty. Tylko w oddali przy stoliku siedzi facet. Obok,  na podłodze, leży duża kupa. Pada pytanie: To Pan się tu zes..ł. Tak. A o co chodzi?

W Canal+Sport mecz Ekstraklasy SA Wisła–Widzew stacjonarnie komentowali Jacek Laskowski i Krzysztof Przytuła, a na murawie, wzdłuż bocznej linii z mikrofonem przemieszczał się Mirosław Szymkowiak. Po krótkim wstępie pan Jacek sprawdza łączność: Halo, Mireczku. M. się odezwał. Panowie chwilę rozmawiają –Jacuś mizdrzy się do Mireczka, spija mu wręcz z dzióbka, kończąc rozmowę miluśkim: Mireczku, ślicznie dziękujemy. No, cóż wypada tylko obu Panom życzyć szczęścia w nowym(?) związku.
Relację zdominował jednak Krzysztof Przytuła. Teksty, którymi sadził skomentować można krótko: piep…ył jak potłuczony. Gdyby odczytać mu stenogram z tych mądrości i zapytać: czy to wszystko Pan powiedział? – usłyszelibyśmy pewnie: Tak. A o co chodzi.
Odpowiedź jest w tytule panie Przytuła.

Obserwatorzy

O mnie

Warszawa, Poland
Kibic sportowy